Jump to content

Plus80

Members
  • Posts

    487
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    9

Everything posted by Plus80

  1. Plus80

    Pasje

    Na płytką wodę polecam materac dmuchany(zaliczyłem w młodzieńczych latach spływ Skawą - 15 km, powrót do miejsca startu pociągiem). Większa ekstrema to spędzić jeszcze noc przy ognisku, na tym materacu. Catering - samodzielnie złowione rybki, plus owoce leśne. Zadbać o ochronę zapałek. Rozpalanie ogniska przez tarcie patyczka o patyczek, to dawno zapomniana umiejętność przez naszą cywilizację.
  2. Pisałem o rowerze elektrycznym. Nie po to by wozić się wokół miasta. Jak najdłużej należy używać własnych mięśni. Ale chory jestem na góry skaliste. Góry, których bym chciał dotknąć ręką. Nie wyjdę więcej niż kilkaset metrów(pion). Jeszcze gorzej z zejściem. A skały są wyżej, powyżej 2000 m npm.(tak średnio). Więc koncepcja jest taka. Podjechać jak najwyżej ze wspomaganiem. Resztę podejść. I potem zjechać. Zakładając, że jest teren do dość spokojnej jazdy rowerem. Bez wyczynów. Rower elektryczny daje taką możliwość. Oczywiście można kombinować z zasięgiem, wagą, ceną, używaniem bez prądu itp. Jest jakieś wyjście, by nie ograniczać się do auta, kolejki. Chociaż z kolejek korzystałem z żoną wokół Lienzu w Austrii. Sześć wyjazdów(jeden dziennie) kosztowało kilkadziesiąt euro na osobę. Od górnej stacji kolejki miałem wtedy miarę od 1-1,6 km podejścia. W ten sposób można było wyjść na szczyt trzytysięczny. Ale możliwości cielesne się skurczyły. Stąd koncepcja z rowerem elektrycznym.
  3. Ale super dyskusja. Mam w torebce przy ramie klucze imbusowe. Ciężkie jak cholera. Wyrzucam,. Zawsze to parę deko mniej, by wyciągnąć rower z piwnicy. Mając siedemnaście lat miałem wielkie ambicje kolarskie. Rower czeski z przerzutką(kaseta na trzy zębatki, tarcza tylko jedna, czyli trzy biegi). Największe osiągnięcie na ówczesnym asfalcie - 150 km w sześć godziń. Co mi zostało z tych lat? Niby treking, z aluminiową ramą. Amory z przodu. Z tyłu jedna gruba sprężyna, do łagodzenia wstrząsów. Biegów masa, ale używam tylko środkowej tarczy. Po górkach nie jeżdżę. Ale jakieś piętnaście lat temu podjechałem kawałeczek w Koninkach(20 %). Jak widzę wierchuszkę, która takie pochylenia połyka swobodnie z kadencją 120 to mnie podziw ogarnia. Mój syn przejechał na jednym łańcuchu(może dwóch) coś koło 8000 km. Jestem super mechanik rowerowy. Nie zaplatam jednakże sprych. Nie rozbieram mechanizmu zmiany biegów w piaście. Kontrę rozbierałem. Resztę mam opanowane. Mycie w ropie łożysk i smarowanie. Upierdliwe regulacje przerzutki. Łańcuch rozpinam takim małym przyrządzikiem(wyciska bolec).
  4. Plus80

    Pięcistawy

    Autorze postu! Jak interesują Cię te stawy, to szukaj dalej. Jestem ciekaw historii starego schroniska(niewielki drewniany domek, jak się idzie od Siklawy, do obecnego schroniska. Moja mama, pracująca przed wojną dziesięć lat w Zakopanem, opowiadała dziecku(mnie), że Tato budował to stare schronisko, jako robotnik, który przywędrował z bratem boso z dalekiej wsi, gdy rozeszła się po Polsce informacja, że budują kolejkę na Kasprowy. I jest robota. Pracował też przy tej budowie. Być może nosił cement na górę. Płacili od wyniesionego towaru. Bigosowa. Może czczona przez górali, ponieważ walczyła o ich grunt. Ale dla przyrody ta walka przyniosła by najgorsze skutki. Dutki są ważne ojciec, a nie robaczki w potoczku. Ten malutki kawałek skalitych, pięknych gór może być zachowany dla przyszłych pokoleń tylko, gdy państwo i ludzie nauki położą na nim łapę. Inne rozwiązanie to naiwność. Sprawdzona przez pokolenia ludzkie na całym świecie.
  5. Czarna trasa. Dziewczyna.
  6. Ja jestem prekursorem takiego stylu. Tylko nie wiedziałem, że tak się nazywa. Staram się eliminować wszelki wysiłek w czasie jazdy. Co jest chyba zrozumiałe w moim wieku. Są w praktyce pewne trudności w postaci tak gładkiego stoku i braku wszelkiego otoczenia. Jak rozpocznę sezon może w październiku lub listopadzie, to proszę liczyć na mnie w sprawie hybrydowego stylu jazdy. Będę relacjonował swoje postępy. Chwilowo mam inne zajęcie. Besenik z solanką 30 st. Pływanie(jakoś da się), bulgotniki. I to wszysko w odległości paru km od od chaty z widokiem na stok narciarski i pasące siś młode byki na drogą i smaczną konsumpcję.
  7. Ja polecam zbieganie slalomem po stoku. Drzewa można potraktować, jako tyczki. Potem gazem do góry. Stenmark wychodził z nartami na piechotę na swoim stoku. I potem zjeżdżał w dół. I jak jeździł na krawędziach. Taniocha. Wykorzystujemy "martwy" sezon. Upadki nie powinny być groźne. Zresztą można to robić w kasku narciarskim i goglach. A przygotowanie do sezonu bez porównania lepsze niż rolki.
  8. Plus80

    Pięcistawy

    Marzec 2004 Kasprowy po latach....(retrospekcja) Siedzimy w Koninkach. Za oknem piękna, wiosenna zima. Śniegu napadało ze trzydzieści centymetrów. I dalej sypie. Stok narciarski pusty. Kto by jeździł na takim śniegu? Wystarczy wziąć go do ręki, ścisnąć i robi się kulka. Kiedyś się walczyło i na takim. Teraz taki ubity i te karwingi - jadące krawędziach – to śmierć w oczach.... Żona czyta „W stronę Pysznej”, którą gdzieś wyszperała. Taka fajna książeczka o narciarskich wyrypach i wspinaczce przed wojną. Wiesz - mówi- jak patrzę na ten śnieg, to aż mnie skręca. Nie da się jeździć! Moja droga. Nawet w Białce. Pod spodem jest rozmiękły stary śnieg. Wymieszany z tą papką, powoduje, że raz jedzie się szybciej, raz - wolniej… Niebezpieczne! Zresztą boli cię kolano. Lekko szarpnięte parę tygodni temu na Zarze. Wjechała szybko w kopkę sztucznego śniegu. Szarpnęło nartą i kolano lekko boli z boku. Może by tak na Kasprowy...Mamy w szkole rekolekcje. Mogłabym urwać się we wtorek. W środę nie mogę. Szybka, myślowa analiza. Tam teraz też sypie. Meteo zapowiada od poniedziałku poprawę pogody. Pcha się wyż. Przejdzie nad Polskę. Ja jestem stary meteorolog. W końcu przepracowało się kiedyś te dwa lata w PIHM. Wtorek. Nie ma ferii, świąt, okresu przedświątecznego, żadnych zawodów. Może być nieźle...Słońce, świeży puch...i nie ma tłumów. Wczesna miejscówka na górę. Ech marzenia...Weźmy to jednak pod uwagę. Winien jestem żonie ten Kasprowy. Była już wiele razy wyżej i w trudniejszych sytuacjach. Ale Kasprowy to Kasprowy...Mamy w bloku sąsiada. Jeździ dość rzadko, ale tylko na Kasprowy. Biznesmen, wiec jeździ sobie w dzień powszedni. Często nas widzi ładujących narty na samochód. Dzień dobry, gdzie państwo jedziecie? Bo ja byłem w zeszłym tygodniu...Kompromitacja! Żona jeszcze nie widziała Kasprowego w zimie. W lecie owszem. Odbyliśmy wycieczkę szlakami narciarskimi z dokładnym moim opisem, gdzie tu się jeździ a gdzie spada... Z Kasprowym to jednak nigdy nic nie wiadomo. Góra nieobliczalna. W latach wczesnego Gierka mieliśmy w zakładzie machera od TKKF`u. Miał jakieś chody w Zakopanem i załatwiał miejscówki na Kasprowy. Co prawda nie te wczesne, ale zawsze. Wyjeżdżamy w niedzielę z Krakowa autobusem marki San. Piękne słoneczko. Mrozik. Będzie miejscóweczka. Dokupi się następne na giełdzie w holu kolejki. Życie jest piękne. Giełda w holu kolejki to było specjalne doświadczenie. Nie było jeszcze wyciągu na Goryczkowej. Gąsienicowa, pojedyńcze krzesełko, zakopiańskie klubowo-goprowskie wipy...podjeżdżające bez kolejki. Lepiej nie mówić ile tam się stało. Więc zdobyć ze cztery miejscóweczki na dzień. Cztery obroty przez Goryczkową. No, tak średnio, co półtorej godziny. Bez szaleństw. Tylko skąd te miejscówki. Kasa już dawno oficjalnie wszystkie wysprzedała. Ale holu jest giełda. Wpada facet, z jakiejś obisowskiej wycieczki, mającej załatwione miejscówki. Ktoś z wycieczki zrezygnował. Mam cztery na czternastą... Cztery na czternastą – przecież to zaraz będzie koniec jazdy, myśli niedoświadczony giełdziarz. Doświadczony kupuje wszystkie, zawsze się sprzeda. Ma się więc te cztery i można głośno krzyczeć – wymienię dwie na wcześniejsze... Komuś tam brakowało do kompletu czternastej a miał, powiedzmy, kilka na pierwszą...I tak można było zostać szczęśliwym posiadaczem kompleciku na cały dzień. Bilecik się kupowało bez problemu w kasie. Giełdziarz musiał być szybki i nieco brutalny. Stado hien otaczało zawsze sprzedającego. Najlepiej było być z przygotowanymi pieniążkami. W holu widywało się znane postacie. Wiele razy widziałem tam Alinę Janowską. Zapaloną narciarkę. Na ekranie wyglądała jednak lepiej... No wiec jedziemy tym Sanem. Drapie się on na Mały Luboń. Słoneczko świeci. Na horyzoncie pojawia się znany ząbek. Rzut oka na świerki, czy się ruszają. Jak się ruszają, to d...pa zbita. Wieje. Będzie w Kuźnicach przez głośnik znany komunikat. Kolejka na Kasprowy w dniu dzisiejszym z powodu silnego wiatru nie kursuje...Halny – a tu takie piękne słońce...Taki jest Kasprowy. Z Wadowic wyjeżdżamy o pół do szóstej. Po zmianie czasu, dopiero świta. Żona w obawie przed bezsenną nocą, zażyła sobie coś na sen. Chmury się rozrywają. To dobrze. Na Obidowej widać nasze góry. Promienie słońca oświetlają szczyty Tatr Zachodnich. Ale Wysokie pokryte są jednak czapą ciemnych chmur. W Poroninie widać już jasno oświetlone Czerwone Wierchy a na ich tle Śpiący Rycerz. Na Rondzie tylko kilka aut. Ale jest dopiero po siódmej. Elegancja, facet nam ładuje narty do kosza. Nie to, co stary Jelcz z koszem, który należało obserwować pilnie na każdym przystanku - z nosem przylepionym do tylnej szyby, czy moje narty nie zmieniły przypadkiem właściciela. A tu za dwa złocisze taki luksus. Pusto w Kuźnicach i lekki mróz. Na tablicy: Kasprowy minus dziewięć, na dole minus trzy. Nieźle. Co jest? Hol zamknięty! Aha – tylko z drugiej strony. Żona się śmieje – widać dawno tu nie byłeś. No tak około jedenaście lat. Byłem ze dwa razy. Drugim razem Kasprowy był łaskaw w stosunku jeden do siedmiu. Na osiem dni pobytu na Gąsienicowej, siedem wiało i nic nie jeździło. Góra zlitowała się w pierwszy dniu pobytu i pozwoliła na wyjazd na górę. Inaczej trzeba było nieść ciężki wór i narty przez Boczań na Halę. Byłem wtedy po ponad dziesięcioletnim niepobycie. Zwróciła wtedy moją uwagę całkowita zmiana twarzy. Jeżdżąc dawniej często na Kasprowy znało się twarze, szczególnie lepiej jeżdżących. Wielu gości z Krakowa poznawałem po twarzach, bo często tu bywali. Choć ich osobiście nie znałem. Nie ma cielętnika? Ale zmiany. Będąc na urlopie w mieście Zakopane, wyjeżdżało się pierwszym autobusem do Kuźnic. Coś przed szóstą. Z Jelcza wysypywało się kilkadziesiąt chłopa i biegiem do cielętnika. Kto pierwszy ten lepszy. Każdemu po dwie miejscówki, ale dopiero jak otworzą kasę, za jakieś dwie godziny. Aby tylko załapać się na zerówki. Następne miejscówki po południu. Reszta wyparowała. Ile tych zerówk jest? Cztery, pięć. Ale za to o dziewiątej jest się na górze. Kolejeczka niewielka. Za nami kilku małolatów w kaskach i z pokrzywionymi kijkami. Będzie jakiś zjazd? Nie....Supergigant! Francja-elegancja. Bilecik całodzienny za jedyne osiemdziesiąt siedem w promocji. Wyjazd na górę incl. Wagon jakby jeszcze starszy. Konduktor na siodełku ze swoimi dwoma, nieśmiertelnymi przyciskami. Człowiek czuje się jak w domu. Suchy Żleb rzeczywiście zarasta. Rośnie też jakiś mały lasek na brzegu pod schroniskiem. Na Myślenickich Turniach bez zmian. Ten zbiornik to do wożenia wody na górę - mówię do żony. Wsuwają go do kolejki, napełniają i wożą na górę- po zakończeniu normalnego ruchu. Tam nie ma wody. Stań tu przy szybie. Pokażę ci Żleb pod Palcem. Miałem przyjemność tu kiedyś zjechać. Nie mogę zaszpanować? To jest Turnia Palec. Wygląda jak postawiony w górę kciuk. Żleb ten jest znany ze skoku goprowca z Zakopanego Uznańskiego. Niemcy dopadli i wieźli na Kasprowy, gdzie była placówka. Nie zrewidowali go i miał przy sobie broń. Miał też narty. Przy dojeździe ich, jak teraz się mówi, sterroryzował i skoczył do żlebu...W holu, na górze, żadnych zmian. Ta sama „boazeria”. Mamy czas. Dopiero po ósmej. A może po siódmej. Słońce prześwieca przez dziury w chmurach. Wiesz, spałem tu kiedyś w kurtce puchowej, o na tej ławie...Wybraliśmy się z kolegą, aby w kwietniu przejechać, prędzej przejść, grań polskich Tatr Zachodnich, od Kasprowego po Wołowiec. Tatry Zachodnie są prawda od Przełęczy Liliowe, ale to sobie podarowaliśmy. Wyjechaliśmy po południu na Kasprowy i pojechaliśmy granią w stronę Czerwonych Wierchów. Plecaki miały ponad dwadzieścia kilo. Namiot, materace gumowe, buty, żarcie...Rozbiliśmy namiot na przełączce pod Kopą Kondracką. Odciągi przymocowaliśmy do wbitych nart. Nie ma mojego puchowego śpiwora. Jasny szlag trafi! Śpiworek elegancki, kiloczterdzieści puchu, szyty przez panią Momatiukową. Idę z powrotem na Kasprowy, bez nart. Musiał zostać w holu. Zapadam się co chwila w śnieg. Trzeba było jednak wziąć narty. Po dwóch godzinach jestem na miejscu..Hol na szczęście otwarty. Ale zupełnie pusto. Żywego ducha i mojego śpiworu. Lepiej tu spać niż w namiocie bez spiwora. Zresztą było już ciemno. Może Wawrytko schował. Schował, schował. To Pana śpiwór? Mój – serdeczne dzięki. Fajnie, ale jesteśmy spóźnieni pół dnia. O tej porze powinniśmy już być na Czerwonych Wierchach. Nie doszliśmy do Wołowca. Skończyło się na Pyszniańskiej Przełęczy. Dwa dni zaplanowane na urlop to za mało. W trzy może by się przeszło. Zresztą Człowiek się więcej napodchodził. Zjazd z plecakiem dwudziestokilowym granią, nawet łatwą Tatr Zachodnich nie należy do największych przyjemności. Śnieg nie przypomina jakiegoś tam sztruksiku. Dzisiaj byłoby to też ciekawe. Narty Hagan`a, lekki namiocik, Red Bull...Przejść Całą grań Tar Zachodnich, łącznie z częścią Słowacką. Może na czas? Wawrytko już chyba umarł? Za oknem rusza duże koło. Zbieramy się. Jedziemy na Gąsienicową. Goryczkowa będzie po południu. Tam jest znacznie dłuższy stok i trudniejszy. Ale się nam udało. Kasprowy oświetlony słoneczkiem Lekki mróz to dobrze. Śnieg nie puści za szybko. W komunikacie na dole napisali warunki trudne i to po obu stronach. Lodoszreń. Nie jeździmy od kilku tygodniu. Nogi zastane. Widać z góry, że w kotle wygłaskali dość szeroką traskę. Czy to jest lodoszreń? Może? Na trawersie, lekkie zgrzyty pod nartami. Nieco twardo. Ale mamy naostrzone, nasmarowane karwingi. Beta Race Carve! Beta to alfa, beta. Race się przyda . Carve jak najbardziej, dopóki nie zmięknie. Mnie zawsze ogarnia lekki strach, gdy przyjdzie zjeżdżać nieznanym, trudnym stokiem. Doświadczam go i tu. Ten stok jest znany, ale po tylu latach nieznany. Pierwsze skręty. Jest okey! Mniej stromo i można puścić narty. Lekko drgają na ratrakowej pralce. Co widzę? Taka szerokość i taka gładkość. Gdzie my jesteśmy? Co za piękne góry? Słoneczko, liczko dnia pięknego. Udeczka jeszcze nie rozgrzane. Nieco bolą. Ciekaw jestem jak sobie poradzili na dole, przy pierwszej podporze. Tam było zawsze ciasno. A park za żadne skarby nie pozwoli użyć spychacza. Nie jest źle i na dole. Węziej, ale w miarę bezpiecznie. Przy dużym ruchu można jedna wpaść na kogoś. Kolejne zjazdy są coraz lepsze i szybsze. Śnieg nieco puścił. Narty już tak nie drgają. Maksymalna oszczędność sił. Żadnych dodatkowych przyruchów. Krawędzie i mięciutkie, szybkie kiwnięcie. Do zatrzymania długi, miękki łuk a nie brutalne zatrzymanie. Szkoda ud. Jest po dziewiątej a przed nami cały dzień. Szesnasta czterdzieści pięć koniec jazdy. Prawda, czy nieprawdopodobne! Pytam się wyciągowego, li to prawda! No, no! Gdzie te czasy, gdy pół do czwartej było nieprzekraczalnym końcem. A jak zawiało to dwie godziny odkopywali wyciąg. Małolatom ustawili ten niby supergigant. Od połowy kotła. Po prawej stronie stoku, patrząc z wyciągu. Od strony „turystycznej” odgrodzony powiewającymi chorągiewkami. Kończą na znanym wypłaszczeniu, gdzie zawsze była meta w razie zawodów. Pełny szpan z pomiarem czasu. Jako żoniny ekspert wyjaśniam, że przy przejedzie są zasadniczo dwa miejsca trudne. Stromy stok, strome ścianki, gdzie facet się obślizguje na bramkach i wypłaszczenia, gdzie trzeba umieć się ślizgać. To jest też sztuka. Żadnej brutalności. Należy nartom pozwolić jechać. My też musimy tak dzisiaj tu jeździć, bo należy te osiemdziesiąt siedem złotych wykorzystać. W końcu jestem z Krakowa. Facet jedzie w Alpy. Kupuje drogi karnet i głównie pije piwo w ładnym miejscu. Drogie piwo, ale to jego sprawa. Może i lepiej, bo jest mniejszy tłok na stoku. To była budka starego wyciągu - wyjaśniam mojej damie. Kolejki, stojącej przed nią, nie potrzebuję ci opisywać. Z tej strony podjeżdżali lepsi goście. Głównie zakopiańscy zawodnicy, goprowcy. Ale pierwszy wyciąg miał dolną stację tam wyżej - wtrąca się starszy pan. Starszy pan? Ja też jestem starszy...Widać tam jakieś znane od lat ruiny, ni to domku. Coś mi się obiło kiedyś o uszy. Nie znam tego wyciągu. Jak tu zacząłem jeździć w sześćdziesiątym czwartym to go nie było. Postawili go czterdziestym siódmym. Ja już sześćdziesiąt sześć lat na nartach - mówi. Pogratulować! Przepraszam, może nieco niedyskretnie, ile lat? Zacząłem jak miałem pięć. I jak tu nie lubić nart Kochajcie artystów - mówi często Jasiński w czasie benefisów w teatrze Stu. Kochajcie narty!!! Jest jedenasta a zaliczyliśmy już z dziesięć zjazdów. Muszę w tym miejscu odszczekać swoje wątpliwości odnośnie liczby zjazdów. Wątpliwości, które miałem w czasie dyskusji na tym forum. Faktycznie. wyciąg jedzie teraz szybciej. Z góry nie śpiesząc się można zjechać za trzy minuty. Kto jedzie szybciej wyrobi się w dwóch minutach. Zmęczenie jest minimalne, przy długich łukach i na dzisiejszych nartach. My zawsze odpinamy klamry u dołu a zapinamy je na górze. Robimy się też przerwy na trasie. Bo i gdzie się spieszyć. Lepiej szybciej, porządniej, ujechać kawałek i odpoczynek minuta. Nad techniczną jazdą trzeba nieustannie czuwać. Zmęczenie jest wrogiem poprawnej jazdy. Tak, więc gość ze zdrowymi nogami, bijący rekordy, przy dobrym śniegu zjedzie od dziewiątej do końca jazdy, może ze czterdzieści a nawet więcej razy. Tylko, po co? Wyjeżdżam trawersem na Beskid. Na zryty, nieubity stok. Zjeżdżam w stronę dna kotła. Da się jeździć, choć śnieg jest już przewiany i trzeba się przyłożyć do skrętu. Nóżki to jednak zaraz czują. To nie jazda po tej gładziźnie niżej. Przewijam się na wschodni stok Beskidu. Tu jeszcze gorzej. Śnieg jest mokry. Świeżo spadły, z przed kilku dni. Jeszcze nie firn. Niżej jeszcze gorzej. Lekka szreń łamliwa na powierzchni. Wczoraj go przytopiło i w nocy zamarzł. Wracam na ubitą trasę. Adio dziewcze śniegi. Mam to już za sobą. Należy teraz korzystać z ratrakowo-karwingowej tiochniki. Speed, speed, na miarę możliwości. To jest rausz. No, może z wyjątkiem puchu na wyrównanej trasie, ew. firnu lekko puszczonego. Ale to są rzadkości. Co by się jednak nie powiedziało, to do jazdy po dziewiczych śniegach najlepsza jest deska. Leci toto po wierzchu. Przejedzie po kamieniu i kosodrzewinie. Narta się zawsze zagłębi. Nie jest możliwe całkowite, równomierne, w każdym momencie, obciążenie obu nart. To jest brutalna prawda towarzysze...Chcąc jeździć po dziewiczym terenie, ucz się raczej na desce... Siedzimy sobie w pobliżu trawersu na Goryczkową. Poważne zmiany. Szeroka aut...-nartostrada. Porządna siatka. Gdzie te słupy, jak telegraficzne. Gdzie siatka, nieraz przysypana śniegiem. Teraz bracie nie wpadniesz do Cichej. I nart sobie nie zniszczysz na kamyczkach. Lampeczka! Piramidalny Krywań na horyzoncie. Kiedyś uważany za najwyższą górę w Tatrach. Dopóki nie zaczęto naukowo mierzyć. Widzisz te trzy szczyty. Kiedyś tam sobie szliśmy. Na ich tle widać taki szczyt ze stokiem w północną stronę. Od naszej strony ma pas skał. To Kościelec. A ten pas - to zachodnia ściana Kościelca. Tu zginął Świerz. O którym czytałaś w „W stronę Pysznej”. Od dołu jest komin Świerza, w którym poleciał. Podobno partner miał szanse go uratować, tylko się zagapił. Zdziwił się,że Świerz leci z kawałkiem skały w dół. Przecież Świerz nigdy nie lata. Lina mu leciała przez palce. Jak zaczął ją wyhamowywać, to Świerz już miał taką szybkość, że trzasła. Zmarł przy znoszeniu przez TOPR. Na dole śnieg przytopniał, szczególnie w miejscach lepiej wystawionych do słońca. Mołolaty skończyły swój trening. Spróbujemy Goryczkową. Jak będzie źle to się wrócimy. Czasu mamy jeszcze parę godzin do zamknięcia wyciągów. Ale po tamtej stronie wyciąg nie jest taki fajny. Twarde krzesła i jedzie dłużej. Buźki będziemy mieli wystawione na słońce. Trawers na Cichą, do grani w stronę Pośredniego Goryczkowego. Półeczka od wyciągu do grani. Nowa półeczka do góry kotła. Szeroko jak na warunki terenowe. Wszystko ogrodzone siateczkami. Co za luksusy? Nic tylko śmigać. Kociołek równiutki. Ale czym bliżej szyjki, to śnieg bardziej miękki. Po południu już tu przypiera się słońce. Widzisz to jest szyjka. A to jest stok Pośredniego Goryczkowego. Stok poryty esami śladów od samej góry. Deskarze!. Trawers do Świńskiego Kotła też założony. Dzisiaj jest śnieg raczej dość pewny. Podłoże było stare i dość cienkie. Nie napadało zbyt dużo śniegu i wiązał się z podłożem. Lawina raczej nie poleci. Nie znaczy to, że w innym miejscu w Tatrach lawiny nie polecą. Taką prywatną prognozę można sobie zawsze robić. Zatrzymujemy się na Bulce. Ooo! Jaki szeroki stok poniżej.? Siata jak z PŚ. Cuś jednak za mało śniegu. Tu trzeba uważać, bo sporo tu kamieni. Trasa fajna, urozmaicona, ale warunki gorsze niż na Gasienicowej. Śnieg jest mokry i ciężki. To jest słynny mostek. Jak brakuje śniegu, to tym żlebem można dojechać aż do tego miejsca. W żlebie jest go zawsze więcej. Koniec! Ale gorąco! Jedziemy na górę. Niziutkie krzesełko. Czasami jeździło się od Bulki, tędy, obok tej podpory. To jest taki mały żlebek. Ale już zarósł świerkami. Tu na Goryczkowej jest zimno, często wieje. Jak uruchomili ten wyciąg to dawali tzw. ornaty. Były to dwa, zszyte krótszymi bokami, koce. W środku była dziura na głowę, taki ornat. Wiara wtedy nie miała tych różnych gorteksów. Jeździło się w portkach elastycznych. Na górze oddawało się ten ornat. Jak padał śnieg to ornaty nasiąkały nim? Zamarzało to wszystko, sztywniał ornat i stały takie postacie w kolejce do wyciągu. Z góry ornaty jechały na dół na krzesełkach. Ładowali to na kupę i nieraz spadały po drodze. Po kilku latach zrezygnowano z nich. Zresztą pojawiły się kombinezony narciarskie. Szczyt mody.Widzisz ten żleb. Z tego żlebu zeszła lawina. Przeszła przez las i zasypała schronisko na tej polanie. Zginęli prowadzący schronisko - małżeństwo Polakowie i zdaje się trzech żołnierzy służby granicznej. Wyciąg sobie jedzie. Właśnie w tym miejscu, jak jechałem, usłyszałem takie charakterystyczne stęknięcie. Mówiłem ci o tym. Całe to zbocze się zmarszczyło i zaczęło zsuwać do szyjki. Zasypało kogoś? Nie, bo lawina była bardzo wolna. Czoło zatrzymało się niedaleko Bulki. Gdyby doszła do tego żlebu mogłaby się rozpędzić i rejonie mostka mogłoby być źle. Zrobimy sobie taki portrecik na tle Świnicy. Bliżej tego sznurka. Nie bój się. Tu nie ma nawisu. Nie wpadniesz z nim do Cichej. We mgle ktoś dawniej tam mógł zacząć zjeżdżać, albo pojechał na ubraniu po stoku. Do ludzi drogę miał długą. Dolina jest długa. Znowu jesteśmy na dole. Wiesz co, ja już nie jadę - mówi żona. Boli mnie kolano. Dobra odpoczywamy. Kawka? Wysokogórska? Cena też wysokogórska. Ale upał. Jestem wycięta. Na Gąsienicowej z piętnaście. Tu dwa. Dla mnie dość. Wiesz - mówię- tu się przychodziło z Kuźnic, jak uruchomili wyciąg. W niedzielę, jak się przyszło od dziewiątej, to w ciągu dnia można było zjechać pięć, sześć razy. Kolejka zaczynała się oo, za tamtą podporą, szła łukiem przez polanę, następnie od dołu stacji i do krzesełka. Ile się stało? Godzinę, półtorej. Ale można się było ładnie opalić. Kasprowy to historia polskiego narciarstwa. Tak historia. Kto dawniej jeździł w Alpy z Polski? To jest jedyna taka alpejska góra. Jeździł tu Bachleda, gdy był jednym z najlepszych na świecie. Później jeździły Tlałkówny. Nawet mam pewien wątek rodzinny związany z tą górą. Rodzice pobrali się w Zakopanem. Mam parę zdjęć z ich ślubu. Na nich miejscowi w tradycyjnych strojach. Tato przywędrował do Zakopanego z bratem, z dalekiej wsi. Rozeszła się wtedy po Polsce pogłoska, że budują kolejkę na Kasprowy i można zarobić. Pracował przy tej budowie. Później budował stare schronisko w Dolinie Pięciu Stawów. Tu poznał mamę. Niestety wojna spowodowała, że musieli opuścić Zakopane i stracili oszczędności, za które zamierzali kupić dom. Skoczę na górę. Zjadę ze dwa razy. Ostatni zjazd. Moje kolano zaczęło lekko boleć w tym samym miejscu, co żonie. Zaraźliwe? Muszę uważać. Na trawersie do kotła mały tłumek z przedszkola. Przedszkole nosi nazwę Małgorzata Tlałka-Szkoła Narciarska. Poniżej esa, na nartostradzie, ładny widoczek na góry. Mam jeszcze jedno zdjęcie w aparacie. Szybciutko, bo słońce schowa się za chmurą. Aha. Tędy na Kalatówki. Tu na Kondratową. A tu się zabił goprowiec z Zakopanego. Stok żaden. Gość doświadczony. Były tu takie belki. Wpadł na nie... Było nieźle, Było świetnie. Kiedy tak świetnie się mi jeździło, jak dzisiaj na Gąsienicowej? Na pewno nie w zeszłym roku na początku maja na Kicusiu. Rano było tam, owszem, równo, ale tylko przez chwilę. Później słońce i tłum robił swoje. Kilka lat temu w Val di Sole, ale tylko w jednym miejscu w Ponte di Legno. Ale wtedy nie miałem karwingów. Śnieg, dzisiaj, miał być trudny? A jak będzie, gdy warunki będą bardzo dobre? Musimy tu parę razy w zimie wpadać, jak Hausner, albo inny nie pozbawi nas przyszłych, pewnych dochodów.
  9. To nie moja bajka. Jeżdżą jak manekiny. Wrócę do dyskusji najwcześniej w październiku. Pa drodzy przyjaciele !
  10. W maju, czerwcu, lipcu,...We wrześniu pierwsze zjazdy na nowym śniegu przed sezonem...
  11. Tajemnicza wiedza. Mniej tajemnicza była w literaturze G. Jouberta. Przynajmniej w tej, która stoi u mnie na półce. I obejmowała wszytko wyżej wyliczone. Ale to stare czasy. Coś nowszego, czy też rozszerzonego, o czym wspomniał Joubert może jest gdzieś zapisane. W materiałach ze stosownych konferencji. Mniemam, że takie dla trenerów organizowano. Jak w każdej dziedzinie sportu. AWF powinien coś mieć w swojej bibliotece. A na zagraniczne można pewno będzie trafić w spisie literatury do takich materiałów. Napisać do Rona Le Mastera. Może czymś się podzieli.
  12. Ja mam swoją teorię, jeśli chodzi o głowę. Właśnie ją sprawdzam siedząc przy kompie. Skręcam głowę w lewo i prawo. Skręcają mi się nieco ramiona. Przekrzywiam...Itd. Ma to wpływ na korpus w pierwszym rzędzie. Popatrzymy na sytuację. Ostrożny narciarz jedzie łukiem na drugi skraj stoku. Odwrócił głowę w górę, by obserwować nadjeżdżających i nie utrudniać im ewolucji. Jak to wpływa na jego narty ? Niedobrze wpływa. Głowa jest ważna. Ważniejsza niż reszta. PS. Pisałem post i Adam mnie uprzedził. I to jak !
  13. Też zapamiętałem coś takiego. Doliny w Szczyrku. Chyba jeżdziłem ze Skrzycznego na Jaworzynę. Ale ostatni zjazd "fisem"(nie było jesczcze tego zjazdu z Jaworzyny do Dolin). Po wyjechaniu z lasu na polanę okazała się cała zamrzniętym lodowiskiem. Była potężna odwilż wcześniej. I to wszystko zamarzło. Tak, że jak ktoś zostawił w śniegu ślad desek, to ten ślad pozostał w postaci dwóch lodowych rowków. Bardzo wolny zjazd. Z szukaniem bardziej gładkiego lodu, by obrócić deski w skręcie. Przejeżdżanie lodowych śladów w poprzek. Takich warunków można nieraz nigdy nie spotkać. Zresztą innych, skrajnych też. Jak, np. szreń łamliwa. Która w jednym miejscu się łamie, a kilkadziesiąt metrów dalej jest to zamarnięta, twarda powierzchnia.
  14. Niestety nie jest to takie, jak się może wydawać, dawniejsze "N". Tzn. Po odciążeniu obniżało sie stopniowo pozycję i narty wykonywały łuk. Tak jedzie się przy skręcie równoległym(sterowanym). Najgorsze przy opisach tych szczegółów jest to, że nie ma żadnej wyraźnej granicy, od kiedy można nazwać skręt sterowany. I kiedy zaczyna się sterowanie samej narty. To jest wszystko takie płynne, zacierające sie wzajemnie. To "N" w jeździe, gdy narta się "sama" steruje wygląda jak obniżenie pozycji(po torsie to można poznać wyraźnie od tyłu patrząć na jadącego). Natomiast w rzeczywistości noga zewnętrzna się "wydłuża" i wewnętrzna "skraca". Jest to warunek, by narta zewnętrzna się samosterowała.
  15. Jeżdzij tak jak jeździsz ! Nie czytaj, co Ci koledzy napisali odnośnie Twoich filmów. Nie czytaj, albo zapomnij, co ja wcześniej napisałem odnośnie różych aspektów, związanych ze skrętem, ogólnie techniką zjazdu. Zrób sobie "reset." W przyszłym sezonie ropocznij od jazdy, jaką pokazałeś na na ostatnich filmach. Wcześniej przygotuj się do sezonu, do bardziej specyficznych ruchów ciała, potrzebnych przy jeździe na nartach. Po kilku dniach "wejścia" w narty. Zacznij myśleć o jednym - skręcie na zewnętrznej narcie, z nieco pdniesioną nartą wewnętrzną. Tylko to jedno ćwiczenie. Ćwicz uparcie, aż pojawi się u Ciebie przeświadczenie - Tak ! Czuję tą nartę, na niej skręcam. Skręcając na niej łatwiej się pozbędziesz ześlizgu. Który łatwo wychodzi na dwóch nartach, ale jest trudny na jednej. Skończyłem sezon z żoną w Jurgowie w poniedziałek. Stok cudowny, gładki. W pełni słońca. Doskonały do moich zabaw w jazdę z podniesioną nartą wewnętrzną. Przy tym stwierdziłem, że noga z kolanem bez ACL jest mniej stabilna, niż sąsiadka. Tego nie czułem przy "normalnej jeździe". A tu na jednej narcie pokonuje się cały 25 m łuk. Miałem też rzadką frajdę spróbować sił na trenigowych tyczkach, na czarnym pagórku. Ustawionych zostało ok. 25 podwójnych tyczek. Na najbardziej stromej części ustawiono po dwa markery, między bramkami, wyznaczające łuk skrętu. Objechanie ich przed tyczką wyznaczało taki łuk, że 2/3 jego długości wypadało nad tyczką. Ustawili je jacyś młodzi instruktorzy. Widać to było po stylu przejazdu. Przejechałem z osiem razy, pilnując równoległych nart. Od razu pojawił się problem spóźnienia skrętu. Dalej docisk krawędzi narty zewnętrznej, by narta się "wcinała" w "schodki". Gdy zmiękło było łatwiej, ale pojawiły się wtedy "rynienki", w których musi się jechać. Dwadzieścia kilka skrętów z pełną mobilizacją i czułem to w płucach. Ale takie przejazdy uświadamiają, co to są narty "zawodowe". Skrętów jest sześćdziesiąt, blisko tyczki, narty dłuższe(u mnie slalomki) i szybciej jadące. Przejazd jest wymuszony, gdzie jedynym kryterium jest czas. I ten czas rozstrzyga, kto jest tu i teraz najlepszym narciarzem. Reszta jest tylko zwykłym gadaniem !
  16. U mnie ? Różnie. Ale jestem głównie miłośnikiem trzech tenorów, wiedeńskich walców... . Nie załapałem się na "byg bit". W rytmie walca dałoby się jakoś jeździć. Głównie kółeczka. Z tym, że specjalistą od kółeczek jest kolega "M".
  17. Plus80

    Pięcistawy

    Kozi Wierch. Wycieczka piesza w zimie. I co może się stać. Z Koziego Wierchu żlebem w stronę schroniska zjechałem nartach, na początku maja z kolegą, 45 lat temu. Czy przypadkowy poślizg nart i zjazd na ubraniu nie mógł się podobnie zakończyć ? Zjazd był świetny, na leciutko puszczonym firnie. Żleb, którym jechaliśmy, widoczny jest jako wyraźne zaklęśniecie w stoku(6 sekunda filmu), w stronę schroniska. https://www.youtube.com/watch?v=oitaWMziGn8
  18. Ja Ci nie będę kadził. Wydaje mi się, ze słabo sobie uświadamisz, która skręcie noga jest zewnętrzną. Zwolniłem bardzo Twoje filmy i w kilku momentach, pojawił sie skręt na narcie wewnętrznej, szła bardzo płasko, skręt nie duży. To niby detal. Ale ja mam wieloletnie przeświadczenie, że musi się czuć nartę zewnętrzną, w każdym skręcie, bez wyjątku. Czuć to nie znaczy, że cały ciężar spoczywa na niej. Zwykle na takim stoku, ja ten na filmie i przy takich skrętach, jak Twoje, to są takie procenty jak - 60, 40 %, 70, 30 %,... -zewnętrzna, wewnętrzna. Gdy skręt jest bardziej podkręcony, nogi bardziej od pionu, niżej nad śniegiem, to obciążenie się przesuwa w stronę zewnętrznej. Rada ciągle ta sama. Próbować podnosić nogę wewnętrzną, poczynając ćwiczenia od jazdy w skos stoku.
  19. Dla mnie jazda na nartach ma coś z tańca. Słabo to robię, jeśli chodzi o poprawne figury, ale w podrygach staram sie dostosować do rytmu muzyki, by nie było zacięć, przestojów. Nawet myślałem dawniej, by sobie nie wsadzić do kieszeni jakiegoś samograja i słuchawki na uszy. Odpowiednia muzyka i tak sobie kręcimy...Ale to jest nieco niebezpieczna zabawa. Mam się koncentrować na stoku, a nie na muzyce. Starzejąc się coraz bardziej mi się podoba taka jazda. Rytmiczna, ale o zmiennym rytmie. Niby spokojna, ale z przyspieszeniami. No i na takim stoku, jak na filmie. Wertepy zostawiam młodszym. Niech walczą z nimi. Skończymy jutro sezon w Jurgowie. Może będzie do południa sztruksik, na moją i żony zabawę w skręty na stoku. Byłoby to ładne zakończenie.
  20. https://www.youtube.com/watch?v=DLVJlI5p4g8
  21. Którędy szliście na fokach ? Gigant z oszczędzaniem tyczek. Dawniej Zakopiańczycy(zawodnicy) ustawiali (treningowy wertikal gigantowy) od trawersu na Beskid. Koniec tyczek był zawsze na wypłaszczeniu blisko wyciągu. Raz spróbowałem pojechać po nim. Były duże już rowy. Po trzeciej tyczce wyjechałem na stok Beskidu z obawy, że się zabiję. Należało dotrzeć nim do dołu kotła. Potem już był do zwalczenia ten slalom. Na Gasienicowej się nie da ustawić pełnego giganta dla poważnych zawodów. Różnica poziomów do dołu krzeseł to 350 m. Z tym, że do dołu się nie da dojechać(z ustawieniem bramek), ponieważ tam jest wąsko(rynna). Kiedyś przez całe lata kończyłem sezon na Gąsienicowej(na początku maja). I zawsze trzeba było kombinować, by jak najdalej dojechać przez Goryczkową w pobliże Kuźnic. A jak się żywcem nie dało, to narty do potoka, aby umyć z paprochów. I na ramię. To był wspaniały okres. O! I Na dole jest jakiś nowy budynek. Nie było go, tylko mała budka z kasą. Ostatni raz tu byłem w zeszłym stuleciu.
  22. Zgrodzili im dalej drogę? Co było w Kotle ? I skąd startowali. Dawniej urządzali tu slalom(specjalny). Start z pod dzwonu do dołu Kotła. Gdzie ma być gigant, jeśli będzie ?
  23. Aktywności się rodzą w głowie. Sprawność umysłu, to aktywność. Jaka, to dyktują okoliczności. Niespokojny mózg zawsze będzie czegoś szukał, analizował. Mózg apatyczny powoduje, że apatyczne jest ciało. Nie piszę o ludziach, których spotkało nieszczęście. Ale i wielu z nich próbuje coś zrobić ze swoim niesprawnym ciałem.
  24. To ja w ramach treningu. Trenuję, ponieważ czytam często literaturę(beletrystyczną i oczywiście narciarską) Więc mnie ciekawią różne sformułowania w obcym języku. Zresztą już dawno wyjaśniłem żonie, która pochłania w niesamowitym tempie książki. Jak czytasz literaturę przetłumaczoną z obcego języka. To nie czytasz książki autora ! Czytasz książkę tłumacza. Możnaby to sprawdzić w praktyce. Dając kilku tłumaczom materiał źródłowy. I po pracy, w odosobnieniu, porównać to co napisali. Chyba nikt nie wyobraża sobie, że to będą identyczne teksty. Stąd spotyka się czasem takie stwierdzenia. Znakomity tłumacz. Na przykład lekarz Boy Żeleński z literatury francuskiej... No więc dla lepszego rozeznania regulaminów FIS... "Jeśli różnica czasu zawodnika - licząc od czasu zwycięscy, biorąc jego czas całkowity(w przypadku kombinacji suma czasów obu konkurencji) jest większa niż 8 % czasu zwycięscy - niezależnie jakie zajmie on miejsce, to nie przydziela się punktów " . Oczywiście ktoś z kolegów może zrobić to samo, co ja. I będziemy sobie dyskutować, dyskutować...
×
×
  • Create New...