Jump to content

Dany de Vino

Members
  • Posts

    1,121
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Everything posted by Dany de Vino

  1. Będę tam od 28.02 do 13.03. i mieszkał będę właśnie w Langenfeld. Dzięki wszystkim za odpowiedzi.                                                                    Pozdrawiam
  2. Koledzy, wybieram się tam na nartki i chciałbym skorzystać z waszych doświadczeń. Który z tych ośrodków uważacie za lepszy wybór? Niestety nie ma opcji karnetu na oba ośrodki jednocześnie (jest tylko opcja np. Solden, w tym jeden dzień na Gurglu + 10E, lub odwrotnie), tak że trzeba się zdecydować.     
  3. Kordiankw, obiecałem inny przepis na śledzia. Ten przepis stanowi zupełnie inną "filozofię" myślenia o tej potrawie, toteż wrażenia smakowe są inne, ale zaręczam, że równie rewelacyjne. Oto on: (podaję proporcje na 1 - 1.4 kg śledzi) 1. - kupujemy śledzie marynowane i 400g śliwek suszonych Kalifornijskich + miód, pieprz mielony, cebulę i oczywiście oliwę z oliwek (pierwsze tłocz. na zimno). 2. - do przegotowanej letniej wody wsypujemy dwie łyżeczki pieprzu czarnego i suszone śliwki + 4 kopiate łyżki stołowe miodu. Mieszamy do rozpuszczenia miodu i zostawiamy to na noc. 3. - obieramy śledzie ze skórki (idzie b. łatwo, cała operacja 10 minut), kroimy cienko cebulę. 4. - do plastikowej michy wrzucamy kilka śliwek z przygotowanego wcześniej wywaru, warstewkę cebuli, warstwę śledzi - potem znowu śliwki, cebula, śledzie i tak dalej warstwa po warstwie. Na koniec tej operacji całość zalewamy pozostałym nam wywarem ze śliwek, pieprzu i miodu. Śledzie powinny być zamoczone (taplać się) w tym sosiku. Przykrywamy i wstawiamy do lodówki na 12 - 14 godzin. 5. - pakujemy śledzie do słoików przelewając oliwką i na 24 godz. do lodówki.        Niestety można to spożywać tuż po zalaniu oliwką, więc pierwszy słoik znika przeważnie w kilka godzin. Ale dwa, trzy pozostałe słoiki starczają czasem nawet do końca tygodnia. Warto spróbować. Smacznego.                                                                                                                                                       Pozdrawiam.
  4. ...Ok... dzięki. Chyba wiem o co chodzi.                                                       Pozdrawiam.
  5. Jak rozumieć frazę: "poprawienie układu dośrodkowego". Czy da się podać jakieś wskazówki praktyczne? Czy chodzi po prostu o pewność pozycji (balansu, równowagi, zrównoważenia siły odśrodkowej, czy jak to tam nazwać)?
  6. Spokojnie z tą asymetrią. Grałem w hokeja więc  jeździłem na łyżwach w każdym możliwym i niemożliwym kierunku. Każdy zawodnik ma jakąś stronę (przy skręcie i na wewnętrznej i na zewnętrznej krawędzi łyżwy) słabszą. Ten który demonstruje to ćwiczenie zapewne też. Na treningach podczas ćwiczeń specjalistycznych to oczywiście wychodzi, więc się to stara niwelować, ale zlikwidować się nie da. To są naturalne, indywidualne i minimalne różnice. Jeśli nie uniemożliwiają wykonania ćwiczenia, to doprawdy nie ma o czym rozprawiać. To jest naturalne.   Pozdro.
  7. Ciuteńkę off topu (ale o jedzeniu). Końcówka komunizmu. W sklepach na półkach ocet i paprotki. Akurat pracowałem gościnnie w W-wie i przemieszkiwałem u mojego stryja w jego domku na jednym z osiedli w Łomiankach. Staś zdobył gdzieś jakimś cudem 0.5kg kiełbasy Zwyczajnej. Chleb ciągle jeszcze był. Szykowaliśmy się na prawdziwą ucztę! No, niestety.... mimo iż byliśmy naprawdę głodni, nie dało rady. Stryj, człowiek doświadczony życiowo powiedział, że nic tam i damy radę. Wrzucił kiełbasę na wrzątek. Po 20 minutach gotowania zrobiliśmy drugie podejście. Znowu klęska. Stryj nie był z tych co się byle czym dadzą zniechęcić. Wyszliśmy do ogródka, rozpaliliśmy ognisko i nadzialiśmy kiełbaskę na patyki. Teraz już się musi poddać i Ją pożremy. Nie wiem z czego Oni Ją robili, ale naprawdę się nie dało. Cały czas kibicowała nam wiernie suczka-przybłęda imieniem Gryzia. Piesek wychowany na diecie stricte śmietnikowej i cwany jak mało kto w okolicy. Widziała co się święci więc kiełbaski na żadnym etapie obróbki nie spuszczała z oka. No i Ją w końcu dostała! Rzuciła się do miski jak wygłodzona pantera, wzięła w pysk, przegryzła... i zrobiła minę której nigdy nie zapomnę (niech mi nikt nie wmawia, że psy nie potrafią robić min), następnie wypluła kiełbasę, odwróciła się dupą do miski i demonstracyjnie poszła się położyć na wyrko. Od tej pory, jak już nie ma wyjścia i jestem zmuszony przez okoliczności zjeść tak zwaną "kiełbaskę z rusztu" poddaję ją najpierw "próbie psa". Jak w okolicy nie widzę psa, nawet nie kupuję kiełbaski i zadawalam się chlebkiem z kawą. Gryzia to był bardzo mądry piesek.  
  8.         No, widzę że moderatorzy zwarli szyki! Dobra. A jednak trochę radości sprawiło mi to porównanie użyte przez Mitka z tym "szybkim dobiegnięciem do autobusu". Weźmy taki przykład: dobiegnij szybko do autobusu, tak powiedzmy 100-150m. Potem usiądź na ławeczce i odpocznij z 15 minut (interwałowo) i tak ze 30 parę razy w ciągu 5 godzin. I tak przez siedem dni. Potem się zważ.         Wiem, wiem, że dla Mitka jako zawodowca to pewnie pestka, że aż nawet próbować nie warto, ale dla przeciętnego mieszczucha łatwo może się okazać, że lekko nie jest.                                   Pozdrawiam.
  9. ...niestety tak już mam, mimo iż jestem typowym amatorem. Nigdy nie przetrenowałem w żadnym klubie narciarskim ani minuty, a jednak jazda taka bardziej spacerkowa... stanowczo nie dla mnie. Lubię szybkość, pracę mięśni, wysiłek itp... Nigdy nie zdarzyło mi się zderzenie z inną osobą (na stoku - bo w hokeju, który kiedyś trenowałem, oczywiście tak). Po prostu, sprawdzam dokładnie sytuacje i za mną i przede mną, a przede wszystkim, nigdy nie jadę "na wariata".  Pozdrawiam.   
  10. Jark, to wszystko prawda co napisałeś. Mnie na przykład na nartach trudno się porządnie spocić (co innego przy tenisie). Jednocześnie np. ostatnio po 7 dniach jazdy byłem dość porządnie wyczerpany i z obolałymi mięśniami zwłaszcza ud. Apetyt też mam większy na nartach, a to pewnie po prostu zapotrzebowanie energetyczne organizmu. Pewnie samo przebywanie 7 godzin w niskich temperaturach robi swoje. Sama jazda to oczywiście, tak jak napisałeś wysiłek interwałowy, ale wyciskając z siebie ile się da (niezależnie od poziomu umiejętności) to jednak nie niedzielny spacerek po deptaku. Poza tym stan emocjonalny, ekscytacja otoczeniem, górami, przyrodą, to dla mnie, mieszczucha też dodatkowe emocje. Sama jazda też chwilami powoduje chwile euforii. Myślę, że to wszystko również pozera jednak parę kalorii. Po tych 7 dniach i przy zwiększonym apetycie, zważyłem się po powrocie, - 1.5 kg.    Pozdrawiam serdecznie.     
  11. OMG! Zeberkaa, to bardzo poważna decyzja (z tym rzucaniem). Jak skręta bez bronka? Nie rób głupstw, słuchaj forum i przemyśl to wszystko jeszcze raz...
  12. ...polecam kaszę gryczaną, ma więcej magnezu niż czekolada. Kawę też lubię i piję, ale nie w takich ilościach. Rano słaba z mlekiem, po południu porządna z ekspresu - dla podniebienia. A... zapomniałem o alko... a to ważne. Lubię. Piję głównie wino. Różne, zależnie od ochoty/kaprysu. Czasem, b. czasem piwo, koniak, metaxa lub jakaś "wyszukana" śliwowica. Nigdy nie miałem w ustach żadnego batonu, czy napoju energetycznego (oprócz kawy, herbaty). Czekoladę, owszem zawsze mam w plecaku, choć nie zawsze potrzebuję.  
  13. Żarty, żartami... obydwoje wiemy o co chodzi. A tak na poważnie, to staram się dobierać sobie menu zależnie od stopnia wysiłku, któremu akurat poddaję organizm. W lecie moje obciążenie treningowe jest o wiele większe niż w zimie (to wiąże się z wypłukiwaniem np. magnezu itp...), więc staram się jeść kaszę gryczaną, fasolę (wszelkie rodzaje, bo lubię strąkowate), ryż, czasem makaron. Do tego chude mięso w różnych postaciach. Czasem pierogi domowej roboty. Na kolację ciemny chleb z białym serem, lub właśnie makaron z rzeczonym serem, czasem z chudą wędliną. Niestety jem sporo słodyczy, bo lubię. Generalnie jem mało (porcje). Tak mam ustawiony organizm (kiedyś z konieczności teraz z wyboru) i dużo zjeść już bym nawet nie potrafił. Acha, rano zwykła owsianka z rodzynkami, mielonymi orzechami włoskimi i otrębami pszennymi (obowiązkowo). Oczywiście trochę warzyw i owoców, ale z tym u mnie raczej ciężko. Nie lubię kwaśnego jak pies, wiec żadne tam "pomarańcze i mandarynki". Z owoców toleruję banany, gruszki, czereśnie, słodkie śliwki. To tak generalnie mniej więcej. Z wagą nie mam problemów. Ustaliła mi się około 20 roku życia z okresowymi odchyleniami  +/- max 2kg.  
  14.       Sporo się pojawiło wpisów o jedzeniu. To w końcu dość istotny temat, istotna sprawa i życiowa konieczność. Spróbujmy porównać nasze faktyczne zwyczaje. Co, w jakich ilościach i jak często. No i oczywiście czym i w jakich ilościach popijamy to jedzonko. Taka wymiana, doświadczeń w tym zakresie może być pouczająca dla niektórych z nas. W końcu nie jesteśmy wyczynowcami i nikt nie planuje nam jakiegoś optymalnego odżywiania. To co jemy na nartach często jest dziełem przypadku, ale zawsze przecież mamy jakiś wybór. Może zbierzemy jakieś przykłady, które wszystkim zainteresowanym okażą się być pomocne w świadomym dobieraniu diety  "amatorsko-narciarskiej".                                                                                                       Pozdo 4 all.   
  15. Myślę, że jest jeszcze jeden aspekt tej kwestii. Patrząc szerzej, jeszcze nigdy w historii ludzkość (dotyczy to naszego kręgu kulturowego) nie doświadczyła tak powszechnego i łatwego dostępu do żywności. To "wynalazek" ostatnich 50-60 lat. Jako społeczność nie nauczyliśmy się jeszcze z tej łatwości korzystać. Dlatego prawdą jest, że to głównie sprawa świadomości. Dla mojej teściowej, która jako dziecko przeżyła kilka lat głodu w czasie okupacji niemieckiej, jeszcze do b. niedawna tłuste jedzenie było gwarancją zdrowia rodziny. A nadmierne używanie masła ratunkiem przed gruźlicą, która wybiła sporą część Jej rodziny. Właśnie dlatego, że w US życie jest łatwiejsze (uogólnienie, ale prawdziwe), nawet dla ludzi, którzy nigdy nie "zbrukali" się ani 1 dniem jakiejkolwiek pracy, żarcie i TV jest synonimem dobrobytu. Wiec go zażywają... A że ludzi biednych jest w US (tak jak wszędzie na świecie) więcej niż bogatych, stąd duża liczba opasów uzyskujących nawet oficjalnie status inwalidzki.
  16. Moris, będę w maju (2-3 dni) w Krakowie. Z przyjemnością odbiję z Toba parę piłek (może nawet, jeśli zechcesz jakiś mecz?)Też gram niezłymi rakietami, choć innym typem niż Nadal. Bardziej podobne do tych, których używał T. Muster (żeby było jasne - jestem amatorem). Jeśli byś się wybierał do Białegostoku zadbam o zabezpieczenie dostępności kortu na mój koszt. Pozdrawiam serdecznie.  
  17. Prawda, Wiesio. I nie widzę w tym nic złego. Napisałem czym uprawianie sportu jest dla mnie i wcale nie uważam, że to jedyna słuszna droga. Pozdrawiam również.
  18. Wujot, ten amerykański przykład jest bardzo nietrafiony. Tamtejsza rzeczywistość jest dokładnie (o 180 stopni) odwrotna. Opasy to klasa najuboższa. Ta żyjąca na koszt państwa. Nie mająca żadnych aspiracji, wykształcenia itp... Żrą chipsy, solono - pierzone orzeszki, zapijają kokakolą i piwem. Klasa wykształcona, dobrze zarabiająca lub po prostu bogata, dba o siebie w sposób rzadko u nas spotykany. Ludzie bogaci zatrudniają za spore pieniądze dietetyków. Wśród ludzi zamożnych tłuścioch to wielka rzadkość.      Co do ułatwień w sporcie, nadal mam wątpliwości (nie mając najmniejszych pretensji do nart taliowanych). Po cholerę się pocić na boisku piłkarskim, jak można by po prostu joystickiem? Po co doprowadzać się do stanu skrajnego nieraz wyczerpania fizycznego na korcie tenisowym? Można to samo...(są już coraz lepsze joysticki). Ja sport uprawiam dla satysfakcji czerpanej z pokonywania trudności, przesuwania granicy własnych możliwości i odporności organizmu, tych nieprzyzwoitych endorfin itd...itp... Nie wiem jak to brzmi w Waszych uszach, ale zawsze tak miałem. Sport to przede wszystkim zwycięstwo nad własnymi słabościami. Moje zwycięstwo, a nie zwycięstwo techniki, która usunie wszelkie trudności z dyscypliny, którą uprawiam. Ale oczywiście również bez żadnej ortodoksji - w tenisa nie gram drewnianą rakietą, ale też nie tęsknię do rakiety tak technicznie zaawansowanej, że jakbym nie klepnął to tak czy inaczej winner. Bo gdzie wtedy cała zabawa?  Tak samo jak nie wynajmę człowieka, żeby za mnie pojechał w Alpy, odwalić całą tę męczącą robotę na nartach.     Pozdrawiam serdecznie.    
  19. Prawda. Kolanko w kolanko na taliowanych nartach odpada definitywnie. Próbowałem i nie da rady (wrażenie "potykania się" o czuby nart). Można taką technikę jakoś "markować", ale to nie to. Oczywiście, wypada zaznaczyć, że żaden ze mnie ekspert i każdy fachowiec dopatrzy się pewnie w mojej jeździe masę nieprawidłowości technicznych, ale poza naprawdę ekstremalnymi ściankami większych problemów z jazdą nie mam. No, a całe moje doświadczenie z tyczkami sprowadza się do jednego przejazdu na Jaworzynie Krynickiej, gdzie po zakończeniu jakichś zawodów, pozwolili mi raz sobie przejechać. Oczywiście bez żadnego atakowania tyczek, mierzenia czasu itp... Trochę mi to podniosło adrenalinę bo kilka osób (w tym zawodników) przyglądało się moim "popisom", ale przejechałem... i tyle.
  20. W tym roku - 7 dni pod rząd - Austria. Na stoku ~ 6.5 godziny dziennie (więcej bym nie "wyrobił"). Jazda o różnym stopniu intensywności, na tyle na ile pozwalał organizm. Byłem nieźle napalony na jazdę, więc raczej stale się podejrzewałem o opieerdalanie i podkręcałem. Wszystko oczywiście na moim poziome umiejętności technicznych. Ostatniego dnia byłem wykończony i jeździłem prawie jak na desce. Zmęczenie mięśni było b. silnie odczuwalne, więc z ostrożności/rozsądku (których nie jestem fanem), oraz na myśl że mogę sobie spieprzyć następny planowany wyjazd zszedłem po 4 godzinach.  
  21. Metaal, dzięki za odpowiedź. Ale ciut konkretniej. Jakie tam są ceny? Jak się to kupuje itp...   (bo to wygląda jak z $ w PRL - legalne było mieć, ale nie wolno było ani sprzedać, ani kupić)     Uchyl rąbka ...please.
  22. O jakich dokładnie nartach piszesz (może jakiś link, lub dane o taliowaniu, występujących długościach) no i najważniejsze - Ile za nie trzeba zapłacić? Pozdrawiam.
  23. Nie zjedzie... Sąsiad go ubije trzecią za wyrwanie mu dwu poprzednich....!
  24. Tadeusz, z tego co tu wyczytałem to jesteś profi. i równać się z Tobą nie mogę z całą pewnością w żadnym aspekcie narciarstwa. Ale narty lubię. W tym roku próbowałem dociskać kąt i frajda była niesamowita. Rzecz w tym, że wtedy nie jest to w moim wykonaniu jazda PEWNA. Przy dużej szybkości dociskając kąt (wykładając się w stronę śniegu) odczucia są rewelacyjne i tylko resztki rozsądku mówiły mi żeby nie przeginać, że za wcześnie. Ale wybieram się za około dwa miesiące na Soelden i Obergurgl. To będzie drugi wyjazd w tym sezonie i nie ma szans żebym nie spróbował docisnąć. Jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia. Co to jest stromy stok? W tym roku jeździłem na lodowcu w Kaprun na tych górnych orczykach (na pewno znasz). Nie było za stromo. Dawałem rady. Ale, tak czy inaczej, jestem amatorem i to niesie ze sobą pewne ograniczenia. Z żadnym profi. równać się nie mogę. Moja jazda to jazda amatora nie zawodowca. Pamiętam o tym i znam swoje miejsce w szeregu.  Pozdro 
×
×
  • Create New...