Skocz do zawartości

sese

Members
  • Liczba zawartości

    1 077
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Zawartość dodana przez sese

  1.   A redukcja ciepła powstającego przy ostrzeniu nie jest przypadkiem podstawowym powodem? Kiedyś widziałem filmik na którym w mikroskopowym zbliżeniu widoczne były kryształki diamentu mające kontakt z porami krawędzi narty. W tym mikro świecie tarcie i związane z tym ciepło ponoć jest olbrzymie, a dla nas niewyczuwalne przez właśnie jego mikroskale
  2.   Ciężko mi powiedzieć czego oczekiwałem, ale idąc na to szkolenie byłem przekonany, że wersja pro będzie się CZYMKOLWIEK różnić od szkolenia podstawowego . Liczyłem na coś w stylu tips&tricks - jak coś zrobić szybciej czy lepiej. Przydałoby się też omówienie błedów czy też uszkodzeń spowodowanych przez nieumiejętny serwis ręczny, Natomiast powtarzanie w kółko, że pilnik jest kierunkowy, a HF kładziemy na LF, albo wyjaśnianie co to jest drut i kiedy powstaje uznaje za stratę czasu. Liczyłem też na parę porad wynikających z praktyki i niesamowitego doświadczenia prowadzącego - jak np jakie pilniki/diamenty są najefektywniejsze, które gradacje można pominąć, a które naprawdę się przydają, jaka powinna być kolejność prawidłowego szczotkowania, zwłaszcza, że TOKO oferuje  szczotki mieszane (na zewnątrz inny materiał a w środku inny). Zresztą ze szczotkami to byla istna żonglerka - w ruch poszły (w takiej kolejności jak podaje): miedziana, nylonowa, znów miedziana, znów nylonowa ale obrotowa, końskie włosie. W między czasie Pan Witek wziął do ręki szczotkę owalną (stal+miedź, albo stal+nylon), po czym uznał, że jej nie zna bo to nowość i odłożył na miejsce.   Jednym słowem oczekiwałem więcej praktyki mniej teorii.     Ad 2. Na opisywanym przeze mnie szkoleniu podano fajny patent - przed użyciem pilnika metalowego wetrzeć w jego pory kredę. Wtedy widzimy non stop której części pilnika używamy, a ponadto cały syf po ostrzeniu wyleci nam z pilnika razem ze sproszkowaną kredą. 
  3. Krótka relacja ze szkolenia TOKO we Wrocławiu 25.10.2014   Szkolenie prowadził znany na forum Pan Witek z Krakowa, wstęp zapodał Pan Tadeusz Niebudek z TOKO. Pierwsze prawie dwie godziny zleciały na wyświetlaniu przy pomocy projektora powiększonych stron z ulotki promocyjnej TOKO, którą i tak każdy dostał na wejściu. Do tego komentarz Pana Tadeusza. A więc mieliśmy obszerną baśń o historii TOKO, ich logo, rodzajach śniegu oraz historii i klasyfikacji smarów. Niby ciekawe ale po pierwsze każdy to już słyszał kiedyś na szkoleniu podstawowym, a po drugie mógł dokładnie to samo wyczytać w trzymanej w ręku broszurce. Nie neguje jednak tej części szkolenia bo wiem że marketning rządzi się swoimi prawami i taki wstęp być po prostu musiał.   Druga część szkolenia (praktyczna) okazała się, niestety, moim zdaniem totalną katastrofą i niewypałem. Do dziś nie wiem dlaczego to szkolenie zostało nazwane "szkoleniem II stopnia - profesjonalne dla serwisantów".  Nie nauczyłem się na nim dosłownie niczego, nie zobaczyłem niczego nowego ani też nie usłyszałem o czymś, czego bym wcześniej nie wiedział.  Przepraszam - była jedna nowość - mianowicie dowiedziałem się, że przy używaniu smarów fluorowych (już od LF w górę) ma znaczenie sposób prowadzenia żelazka (ma być od tipu do tailu bez cofania) Tak ma być i już. Teza ta była nowością w teorii smarowania, ale dla mnie osobiście bez znaczenia bo od zawsze smarowałem narty "jednokierunkowo".    Przez 4 godziny szkolenia Panu Witkowi udało się: 1) zrobić prawie na gotowo (bez diamentu) dosłownie jedną dolną i boczną krawędź  2) wyrąbać dłutem i zakofiksować zwykłym kofiksem i metal gripem dwie dziury w ślizgu (oczywiście jedna z nich była przy krawędzi co uzasadniało użycie metalgripu) 3) posmarować na gorąco jedną nartę, dzieląc ślizg na 4 części i smarując je odpowiednio Hydro-Carbonem, LF, HF i czystym fluorem (najpierw proszek a potem trzykrotnie Helx). Mimo wysypania i wypryskania na ślizg fluoru za conajmniej kilkaset złotych, próba wody na dobrą sprawę nie pokazała żadnej różnicy między hydrofobowością LF, HF a czystego fluoru.  Potem w ramach bonusu było posmarowanie tej samej narty IROXEM. Wnioski takie, że idealna aplikacja IROXA możliwa jest tylko w pokojowej temperaturze i przy ciepłym ślizgu. Potwiedziło to moje doświadczenia, iż niemal niemożliwe jest nałożenie IROXA w lodowatej austiackiej narciarni (tężeje przy pierwszym kontakcie z zimnym ślizgiem w formie punktowych plam)   Poza powyższym moglismy dużo się dowiedzieć o tym jak bardzo spartaczone narty wychodzą z fabryki (zwłaszcza Atomici) i że jest na to jeden ratunek - możemy je wysłać do Pana Witka, on je sprawdzi, wystawi gleit, a my złożymy reklamację, która zostanie uwzględniona. Przy tym temacie obejrzeliśmy sobie na rzutniku zdjęcia uszkodzeń nart (zdjęcia są powszechnie dostępne na stronie Pana Witka w galerii) Oglądaliśmy je z predkością jedno foto na sekundę, bez omówienia danej wady/uszkodzenia a tym bardziej bez instruktażu co w danym przypadku można zrobić. Kolejne obszerne wynurzenia prowadzącego dotyczyły tego, że obecnie amatorzy (a zwłaszcza ci z family cup) popadają w wyścig zbrojeń - kupują HF, Helixy itd a potem nie nadążają za swoimi nartami. Sposób prowadzenia szkolenia był bardzo chaotyczny - nieustanne skoki od tematu do tematu, ciągłe dygresje, retrospekcje. Widać było że część uczestników gubi się w tematach i nie nadąża. Dodatkowo podstawowe pytania amatorów np o rodzaj i gradację pilników, rodzaje cyklin, sposób nakładania 100 % fluorów były zbywane że niby są to trywialne pytania, a z drugiej strony na szkoleniu nie poruszono niczego, co by świadczyło o tym że jest ono przeznaczone dla prosów. Sorki - była jedna rzecz - ciągłe wtrącanie tego że profesjonaliści używają profesjonalnych narzędzi danej marki (o to nie mam żalu bo wiadomo kto organizował szkolenie i gdzie) Najlepsza część szkolenia miała miejsce już po jego oficjalnym zakończeniu, gdy można było sobie pogadać z Panem Witkiem na wszelkie tematy. Dodatkowo cała ekspozycja TOKO była do naszej dyspozycji, więc można było sobie obejrzeć wszystkie te world cupowe (i nie tylko) eksponaty a potem je nabyć za ceny hurtowe (za to wielki ukłon i szacun dla organizatorów). Dodatkowo były pyszne pączki i kawa bez ograniczeń.   Podsumowywując miło było sobie odświeżyć to i owo po letniej przerwie, ale z drugiej strony do dzisiaj nie mogę sobie darować tego że zapłaciłem 160 zł za możliwość obejrzenia dokładnie tego samego, co samodzielnie wykonuje przynajmniej kilkanaście razy w sezonie. Pozdro
  4. Na szkolenie Toko we Wro od dawna nie ma miejsc - zapisywałem się na wersję PRO już ponad miesiąc temu i już wtedy nie było miejsc na szkolenie podstawowe. Szkolenie niestety kosztuje i to nie mało, ale jest pewien bonus o którym wiedzą tylko ci, co biorą udział w tych szkoleniach. Chodzi o możliwość zakupu w cenach hurtowych róznego sprzętu którym handluje dystrybutor organizujący szkolenie. Mi cena szkolenia "zwrócila" się z nawiązką przy jednoczesnym zakupie ostrzałki i paru pilników...  
  5.   Taki chodnik nie zastąpi żadnego normalnego wyciągu. O ile pamiętam to coś takiego jest na Penken przy górnej stacji Horbergbahn (żeby ludzie nie musieli podchodzić pod gondole). Niby fajne, sprytne i dobrze pomyślane, ale rodzi mnóstwo problemów, zwłaszcza przy schodzeniu z taśmy. Ludzie zamiast spokojnie poczekać aż ich taśma "zrzuci" na płaskie to kombinują, próbują łyżwy, niektórzy pługa. Efekt taki, że część zsuwa się na taśmie do tyłu, niektórzy wpadają na pozostałych użytkowników taśmy, przewracają się itp. Jednym słowem jest wesoło. Nawierzchnia niby tępa i z gumy, ale drgania taśmy powodują, że przy podjeździe człowiek trochę się zsuwa (około metra na całej długości taśmy) To znowu rodzi panikę i niepotrzebne kombinowanie. Efekty jak wyżej. Najlepiej radzą sobie z tym dzieciaki i to jest argument za tym aby tego rodzaju urządzenia służyły tylko im...
  6. sese

    Zermatt w sierpniu

      "Rewelancja" to mało powiedziane... Można by dużo pisać o ujęciach, krajobrazach, klimacie filmu, pracy kamery, muzyce, montażu itd, ale ja powiem jedno - mega relacja z wymarzonych "letnich" wakacji. Zazdroszczę niesamowicie i zaczynam planować coś podobnego na lipiec 2015... Wprawdzie nie Zermatt i Matterhorn, ale Kaprun i Kitzsteinhorn, ale mam nadzieje, że troche tego klimatu uda mi się poznać. Pozdrawiam
  7.   Moim zdaniem też właśnie chodzi o czysty marketing i licytacje. Gondoli jeszcze nie ma, ale wielki napis "HIT!" już wisi. Podobnie było przy otwarciu kanapy Winterpolu.  Dla typowego narciarza radość z gondoli na tak krótkim odcinku będzie średnia, ale dla "piechurów" możliwość komfortowego dostania się do Masarykowej Chaty pewnie okaże się bezcenna.        Szkoda tylko, że najdroższe i najbardziej wypasione wyciągi w Sudetach (6 Winterpolu w Zieleńcu i niemal identyczna w Karpaczu + kombibahn Nartoramy + gondola w Świeradowie) powstają na stokach średnio cieszących wytrawnych bywalów tego forum. Gdyby się dało wzorem dyrektora z "Poszukiwany, poszukiwana" (granego przez Jerzego Dobrowolskiego) poprzenosić te wyciągi w inne miejsca to by było idealnie. I jeszcze by "honorarium autorskie za poprawki w projekcie urbanistycznym" wpadło
  8. Radku to nie tak... Ja się cieszę z kazdej inwestycji w polskich górach. Mam świadomość, że  niestety nie będą one wyższe bo przecież nie usypiemy ich więcej... Pytanie tylko czy warto wydawać konkretną kasę na 780 m kombibahna, kiedy za te same pieniądze pewnie można zainstalować kilka 4-osobowych krzeseł (nawet z demobilu). Wtedy korzyść dla potencjalnego narciarza byłaby chyba większa... Chociaż z drugiej strony jakbyś walnął kombibahna na Dziku, to chyba bym jeździł w kółko  (nawet bez ViP ani bez Cafe)
  9. WOW. Do dzisiaj przytaczałem Zieleniec, jako magiczne miejsce, gdzie jest najkrótsza na świecie (650 m) sześcioosobowa, wyprzęgana i podgrzewana kanapa z osłonami. Teraz dojdzie do tego najkrótszy na świecie kombibahn (780 m). W komplecie mamy do tego najkrótszą 15 osobową gondole o długości 380 m (Polinka Wrocław) Pora na bicie rekordów w najdłuższych urządzeniach wyciągowych
  10.   Z największą przyjemnością bym to zrobił, problem w tym, że cztery lata temu On odszedł do krainy wiecznie ośnieżonych stoków...
  11.   A propos czasów prostopadłego stania w kolejkach to nieodpacie przywołują one w mojej pamięci pewne sytuacje z mojego dzieciństwa. Widząc bowiem mój zapał do nart w czasach późnej podstawówki/wczesnego liceum, mój Tata czasami budził mnie w sobotnie poranki słowami: "zbieraj się szybko - zaraz wyjeżdżamy do Szczyrku/Korbielowa/Ustronia". Ponieważ przepustowość krzeseł na Duże Skrzyczne/Czantorię była  w tamtych czasach chyba ujemna, to w sobotnie poranki przy dolnych stacjach ustawiała się co najmniej kilkudziesięciometrowa kolejka, ale właśnie z tych "pożądnych" kolejek, czyli jeden za drugim, prostopadle, bez wpychania się i bez chamstwa. Chcąc abym sobie jak najwięcej pojeździł, mój Tato ustawiał się na końcu kolejki w momencie w którym siadałem na krzesełko i tym sposobem jeździłem niemal na okrągło. Dodać należy, że sam był bez nart (wtedy już nie jeździł), co skutkowało licznymi okrzykami - "pan podejdzie do przodu", "piesi jadą bez kolejki". Tłumaczył wtedy cierpliwie, że jego syn zaraz zjedzie, a on tylko trzyma kolejke. Wtedy gest Taty wydawał mi się czymś normalnym (umysł dziecka podpowiadał: "przecież i tak musi na mnie gdzieś czekać"), ale dzisiaj wiem, że jego stanie po pare godzin w mrozie, śniegu czy deszczu i to tylko po to żeby smarkacz miał frajdę, było czymś naprawdę wyjątkowym i wartym docenienia... 
  12. Pierwszy wyjazd alpejski to Kaprun. Okolice 1994 roku. Do dziś pamiętam tamto wrażenie po wyjściu z Alpincenter i pierwszym spojrzeniu na stoki. Po prostu mnie totalnie zamurowało. Wszystko było tak inne, tak fantastyczne i jednocześnie tak irracjonalne - jak z jakiejś bajki. Począwszy od krzeseł i gondoli (dotychczas znałem tylko Zakopane, Szczyrk, Korbielów, Karpacz i Tatrzańską Łomnice), przez sztruks (w Polsce niedostępny) po widoki (choć tutaj szczyt Lomnicy przygotował mnie na podobne doznania) Najlepsze było to, ze spojrzałem na dolną stację krzesła (chyba był to Gratbahn) i pierwsza myśl jak przyszła mi do głowy była taka - dwa lata oszczędzania żeby tu przyjechać, ponad 25 godzin w autokarze (nie było UE i Schengen) a tu pozamykane wyciągi i z jazdy nici. Ze smutną miną zacząłem już iść z powrotem w stronę budynku ale po obróceniu się w stronę  krzesła okazało się, że jednak ludzie zjeżdżają pod bramki i pewnym krokiem idą w stronę krzesełek. Po chwili się wszystko wyjaśniło - wyciąg był czynny, tylko w głowie mi się nie mieściło, że może on działać bez towarzystwa conajmniej kilkudziesięcioosobowego ogonka ludzi. Warto dodać, że to wszystko było jeszcze przed katastrofą kreta, co sprawiało że człowiek nagle lądował na 2450 m bez wcześniejszego kontaktu z alpejskim krajobrazem.    Teraz bym ich nawet nie zabrał na stok bo trumna ma "tylko" 190 cm 
  13.   Żeby nie było - Majorka jest moją ulubioną destynacją letnią. Byłem tam 3 razy (w tym 2 w samym Arenalu) i na pewno jeszcze nie raz wróce. Zachowanie nastoletnich Niemców stanowi dla mnie specyficzną formę folkloru, z którą się nie utożsamiam, ale którą raczej toleruje (najbardziej  widoczne jest darcie ryja już od 7:00 rano, wszechobecne i nachalne demostrowanie swojej przynależności państwowej i wspomniane przez bubola chlanie z wiadra 24/7. Co ciekawe nawet rowery wodne i materace dmuchane mają stosowne wycięcia na wiadra z wódą). Powyższe chlanie i powiązana z nią dobra zabawa (o dziwo nawet Niemcy potrafią się dobrze bawić) rodzi jednak smutne konsekwencje w postaci zaniku kontroli nad reakcjami fizjologicznymi własnego organizmu. Dlatego codziennie widoczne były takie zachowania jak wymiotowanie do basenu, szczanie z hotelowego balkonu i inne, niestety jeszcze bardziej drastyczne incydenty ... Mając to w pamięci wzdryga mnie za każdym razem, gdy ktoś mówi że chlanie na umór i fatalne zachowanie po alkoholu jest domeną tylko i wyłącznie Polaków. Podkreślić należy, iż opisani przeze mnie Niemcy raczej nie wstydzą się ani swojego zachowania ani swojej nacji, skoro non stop są albo ubrani w narodowe barwy, albo wloką za sobą (nawet na plaże bądź do klubu) sporych rozmiarów szturmówkę z niemieckimi barwami.
  14. Ja przychylam się do głosu jarka i scatmana - chamstwo, prostactwo, buractwo i wulgaryzm  nie znają granic i nie są przypisane wyłącznie Polakom, Niemcom, Rosjanom czy Austiakom. Owszem - czasami zdarza mi się z zażeniowaniem przyglądać barowym czy stokowym wyczynom naszych rodaków, ale z taką samą częstotliwością obserwuje wyczyny innych nacji. Sam nie chleje na nartach do nieprzytomności i czas spędzam raczej na stoku niż w barze. Zdarzało mi się nawet pacyfikować delikwenta, który nie mogąc utrzymać się na nogach próbował się wbić w narty. Nie uważam jednak aby pijaństwo na stoku stanowiło wyłącznie domenę Polaków. Piją różne nacje i w różnych proporcjach i mam wrażenie, że Polacy wcale nie piją najwięcej. Jeśli miałbym uogólniać to powiedziałbym że najwięcej piją Francuzi bo zchlany i totalnie nietomny delikwent właśnie tej nacji zasnął podczas jazdy ze mną na krzesełku, co prawie doprowadziło do złamania/skręcenia mojego kolana podczas opuszczania krzesła. Nie spotkała mnie natomiast podobna sytuacja podczas jazdy z Polakiem,    Co do przyśpiewek albo wulgaryzmów to mam wrażenie, że zwróciłeś na nie uwagę tylko dlatego bo były po polsku. Gdybyś natomiast wsłuchał się w przyśpiewki chóralnie śpiewane w barach na stoku przez Niemców i Austiaków odkryłbyś ze zdumieniem, że są one naszpikowane wulgaryzmami, obscenicznymi zwrotami a nawet czystym nacjonalizmem (żeby nie powiedzieć gorzej). Nie stoi to na przeszkodzie, źeby 3/4 baru na stoku wykrzykiwało te przyśpiewki na pełny regulator a DJ puszczał je na full ze stokowego głośnika.   Żeby mieć pełny przegląd sytuacji polecam autorowi tego wątku udać się podczas najbliższych letnich wakacji na Majorkę i tam zajrzeć do dwóch miejscowości: Magaluf i El Arenal. Warto to zobaczyć przed wystawieniem jakichkolwiek ocen naszym rodakom.
  15.   Żelazko zacne - oprócz czujnika temperatury oraz analizatora składu smaru i ślizgu miało wbudowane funkcje generowania sztucznej mgły i regulacji temperatury w całym pomieszczeniu (po 3 minutach od użycia żelazka temperatura w jadalni  spadła o jakieś 20 st.)  
  16.   Właśnie Valmeinier miałem na myśli  My z Hesią podobnie przerabialiśmy już balkony, tarasy, balustrady, przystanki, stoły ogrodowe, ławki przed kwaterą itp (przypominam, że wciąż piszę o serwisowaniu nart!   ) Komfortowo było w Zell am Ziller, gdzie Brelo zadecydował, iż idealnym stołem narciarskim będzie... główny stół w jadalni... Obyło się bez jakichkolwiek zniszczeń a narty wyszły jak marzenie... Zwłaszcza Czarka   Po drugiej stronie komfortu były warunki na Dzikowcu, gdzie moje  ręce i stopy robiły za jedyną formę imadła, co nie przeszkodziło  Wueresowi naostrzyć w takim "imadle" swoje mantry. Świadomość narciarska jednak powoli rośnie bo 2 lata temu w Serfaus dostaliśmy do dyspozycji kompletną narciarnie ze stołami serwisowymi, imadłami, żelazkiem a nawet kompletem pilników.   Co do podcięcia to pewna znana, a wręcz kultowa na forum firma fabrycznie podcina swoje narty o 1,5 st - tak żeby każdy nabywca podczas pierwszego zjazdu na nich zachwycał się jakie to one skrętne i dobrze trzymające...  
  17. Kto jak kto, ale scatman to potrafi ostrzyć narty. Doświadczenie ma przebogate bo na każdym wyjeździe ustawia się do niego kolejka. Czasem są wręcz zapisy na kolejne godziny... Potem wszyscy bawią się i imprezują, a biedny scatman na balkonie siedzi i struga Oczywistym jest, że przy ostrzeniu jakieś wahania są -  narta zapięta nawet w trzypunktowe imadła pracuje, ugina się itd. Ale nie popadajmy w przesadę - 87 to 87 a nie 88... Wszystkim domorosłym amatorom polecam profesjonalne szkolenia. Tych z wrocławia informuję, iż jedyne w tym sezonie szkolenie toko będzie już za 3 tygodnie.  Po takim szkoleniu pewne rzeczy się wyklarują, a pewne posty zaczną śmieszyć wręcz do rozpuku...
  18.   Fakt, dotykam coraz rzadziej, bo na podorędziu mam kogoś kto zrobi to lepiej, szybciej i bez zbędnego bałaganu Zresztą po co mam dotykać, skoro pewnie i tak nie umiałbym jej wykorzystać (krawędzi)...
  19. Sam sobie załóż, skoro potrzebujesz takiego tematu. Ten wątek dotyczy celowości/nie celowości regularnego ostrzenia nart w przypadku początkujących adeptów narciarstwa. Myślę, że większość osób nie bawiących się  pilinikami, prawidłami i kątownikami nie miała zielonego pojęcia, że po serwisowym ostrzeniu narty celowo się tępi w pewnych odcinkach.   PS. Może już najwyższy czas abyś zaczął jeździć na pełnych brzytwach (bez żadnego tępienia) Chociaż może nie - skoro masz "1" w profilu, to tępienie jest jak najbardziej dla ciebie      PS 2. Uprzedzając pytania - ja swoich nie tępie
  20. Pewnie wiele osób o tym nie wie, ale znakomita większość serwisów celowo tępi krawędzie w okolicach tipów  i tailów, aby początkujący klient mógł łatwiej wprowadzić nartę w ześlizg. Bez tego dostawali regularny ochrzan na zasadzie: "Panie, na tym nie da się jeździć!!!". Agresywne "złapanie" krawędzi przy każdej, nawet minimalnej inicjacji skrętu to dla 80 % klientów serwisu spory problem, a nie cecha, której oczekują od świeżo naostrzonych nart. Powiem więcej - jeżeli nie oddajecie nart do zaufanego serwisu, albo z góry nie zaznaczycie, że narty mają być nie tępione, to przy odbiorze dostaniecie je delikatnie "poprawione".       Pozdrawiam 
  21.   Ten sam efekt uzyskasz kupując x bionic accumulator. I schnie szybciej niż dwa T-shirty     Jeśli ma membranę to tak. Ja mam SS icepeaka 10k/10k i sprawdził się nawet podczas ulewy na stubaiu. Jedyny minus to ten, że SS zawsze nasiąka wodą (ale nie przemaka na wylot)
  22. sese

    Saas Fee Szwjacaria

    W samym Saas Fee nartowałem tylko pół dnia, ale za to cały tydzień spędziłem w Saas Grund i był to, jak narazie, mój... najtańszy wyjazd na narty Poszperaj na stronie oficjalnej ośrodka - bardzo często mają różne promocje, choć na święta akurat bym się ich nie spodziewał. Ja ustrzeliłem ofertę, gdzie karnet na Saas Grund i Saas Almagell  dawali gratis do zakwaterowania. Tym samym cały tygodniowy wyjazd- z dojazdem, spaniem, jedzeniem i gratisowym karnetem wyniósł mnie niecałe 900 złotych (koszty dojazdu dzielone były na 3 osoby, a spania na 6 osób ) Wszyscy się pukali po czołach słysząc, że jadę 1250 km żeby poszusować na jednym stoku. Ale ten "jeden stok" miał skromne 3200 m wysokości i 1700 m przewyższenia  Mi wystarczyło... Dodatkowo widoki nieporównywalne nawet z Francją - dolinę Saas otacza bowiem kilkanaście czterotysięczników, co robi niesamowitą oprawę dla nartowania. Jeśli to mało to w sąsiedniej dolinie (35 km od Saas Grund) jest... Zermatt
  23.   Znając zwyczajową objętość postu #1, Szabir pewnie już odcisków od klawiatury dostaje...
  24.   Ja mam doświadczenia zupełnie odwrotne. Sytuacja niby podobna - wyjazd do Serfaus, późna wieczorna pora, z jednej strony nagląca potrzeba przesmarowania nart, a z drugiej strony imprezka na kwaterze... Zachłyśnięty reklamami TOKO odkładam do skrzyneczki kostkę smaru i sięgam po IROX FLUORO (zgodnie z reklamą i instrukcją ma być szybko, bezboleśnie i co najważniesze bez cyklinowania) Żelazko i spray w ruch, potem szczotka i już na tym etapie pojawiają się pierwsze wątpliwości co do magicznych właściwiści Iroxa...  Szczotka poddaje się bowiem w pierwszej rundzie a smaru na ślizgach nie ubywa. W panice sięgam po cyklinę, ale w tym momencie przychodzi otrzeźwienie - przecież nie będę sciągał czegoś, czego praktycznie nie ma  Nie jest to żaden niebieski HF, a jedynie jakieś marne mazidło i to na dodatek w płynie... To się zapewne wytrze zanim na dobre wepnę się w wiązania Z tą myślą odkładam narty i wracam na imprezę... Niespodzianka spotyka mnie następnego dnia w momencie w którym próbuję podręcznikową łyżwą przemieścić się spod bramek w stronę krzesła. Niby się odpycham jak zwykle a jednak wciąż stoję... W głowie pojawia się jeden wniosek - pewnie wczorajsza impreza była za dobra... Na górnej stacji krzesła sytuacja się nieco komplikuje - ustawiam się w linii spadku i... NIC. Stoję jak wryty. Znajomi coś przebąkują o jakieś kropelce czy innym poxipoliu, a ja zaczynam robić wszystko co w mej mocy aby w końcu ruszyć... W ruch idą kijki, podskoki, krok łyżwowy. Z prędkością zbliżoną do mocno płużnej  udaje mi sie dotrzeć na dół. Dalsza sekwencja zdarzeń wyglądała następująco: najbliższy serwis, 10 minut stania w kolejce, konwersacja z miłym serwismenem, podczas której z mojej strony padają naprzemiennie jednie dwa słowa: "brush" i "please". Pan załapał, odpalił obrotową szczotę i po chwili wręcz mogłem się przeglądać w ślizgach moich Enduro. Jednym słowem pełna satysfakcja. Prędkości tym razem nadświetlne... To był pierwszy i ostatni raz kiedy użyłem IROXA i myślę że kolejnej szansy już mu nie dam. Żeby nie wyszło na to, że to jedynie płynny smar TOKO ma takie klejące właściwości ostatnio spróbowałem pojechać na nie cyklinowanych dechach nasmarowanych uprzednio moim dyżurnym i ulubionym smarem (molibden LF). Nastąpiła powtórka z rozrywki - na dobrą sprawę chyba nie portrzebowałbym fok przy jakimkolwiek podejściu... Bazując na powyższych doświadczeniach nie mogę podzielić tezy, że  "nadmiar smaru i tak się ściągnie po kilkunastu metrach na stoku"...
  25.   Archeologiczny rekord!!! 24 Sty 2007 r. 08 Maj 2014 r. Ponad 7 lat i 3 miesiące. Myślę że powinniśmy zrzucić się na jakąś nagrodę dla andrzeja...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...