-
Liczba zawartości
1 077 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Zawartość dodana przez sese
-
Smutne ale prawdziwe. Jak się codziennie albo prawie codziennie taszczy ze sobą kilkanaście kilogramów papierzysk (zazwyczaj są to dwie mega XXL torby laptopowe, czasem walizka na kółkach), to na rowerze się tego nie ogarnie. Zresztą w garniturze, pod krawatem, w pikolakach? Komunikacja miejsca też odpada, bo papierzyska dosyć ważne są i głupio byłoby gdyby się coś im przytrafiło... W mojej firmie dochodzi nawet do takich absurdów, że ci, którzy w dzień przyjeżdżają do pracy zbiorkomem albo rowerem, to wieczorem raz jeszcze przyjeżdżają samochodem, tylko po to żeby zabrać do domu papiery "na drugą zmianę".
-
A mnie też szlag trafia jak widzę jak obecnie wygląda "zimowa stolica Polski". Mam olbrzymi sentyment do Zakopanego. Pierwsze kroki na nartach stawiałem na Lipkach. Potem był stopniowy progres - Wierszyki, Antałówka, Koziniec, polana pod Nosalem, polana na Kalatówkach, polana na Gubałówce. Następnie awansowałem do "I ligi" - zaliczony pierwszy w życiu podwójny orczyk na Kotelnicy (tej na Gubałówce nie w Białce : ) ); zaliczone pierwsze krzesełko na Butorowym i zjazd z Butorowego z przejazdem przez drogę; zaliczony zjazd główną trasą z Gubałówki i pokonanie osławionego mostku. Na końcu była Święta Góra Narciarstwa Polskiego z jej nie ratrakowanymi wówczas dwoma dolinami. Od dłuższego czasu mam 3 narciarskie marzenia związane z Zakopanym: 1) zjazd z Nosala 2) zjazd trasami FIS I i II z Goryczkowej 3) totalny extrem - zjazd źlebem pod Palcem Smutne jest to, że nawet to najbardziej racjonalne z marzeń (Nosal) prawdopodobnie na zawsze pozostanie tylko marzeniem. O ile staram się zrozumieć ochronę KW i najbliższej mu części Tatr, to kompletnie nie rozumiem tego co się dzieje, a raczej nie dzieje na Nosalu.
-
Fajnie macie. Ja w lekko zakorkowanym mieście mam 13 - 14 litrów/100 km, a to tylko 1.6 turbobenzyna 156 KM. Jak jadę rano to na odcinku 3,8 km między domem a pracą średnie spalanie liczone od uruchomienia nie spada poniżej 20 litrów. Dodam że jeżdżę z wyłączonym start-stop. Rozważałem poważnie hybrydę Plug in licząc na miejską jazdę niemal za darmo, ale wyliczyłem sobie że przez 4-5 lat użytkowania (przy rocznych przebiegach 18.000 - 20.000 km) nie zwróci mi się różnica w cenie zakupu samochodu z takim silnikiem, zwłaszcza, że nie samym miastem człowiek żyje
-
Jeszcze jedna rada dla tych, którzy chcą "wygrać" reklamację bazując na podstawach formalnych. Rada dla kupujących i ostrzeżenie dla sprzedających. W zgłoszeniu reklamacyjnym zazwyczaj jest rubryczka "wyrażam zgodę na poinformowanie mnie o sposobie rozpatrzenia reklamacji mailowo/telefonicznie" i jest pozostawione miejsce na nasz adres mailowy/numer telefonu. Wszyscy z tego korzystamy bo tak wygodniej, szybciej itd. W sytuacji gdy jednak w/w danych nie podamy tylko wpiszemy w to miejsce tradycyjny adres korespondencyjny, to sprzedawca najpóźniej w 14 dniu od zgłoszenia reklamacji musi wysłać do nas list zawierający oświadczenie o ewentualnym nieuwzględnieniu reklamacji. Jeżeli sprzedawca zapomni o formie pisemnej lub nie będzie mógł udowodnić daty nadania listu oraz jego treści, mamy w cuglach wygraną reklamację. Znam przypadki gdy ludzie celowo niszczyli w pełni sprawne rzeczy i potem je reklamowali. Reklamacja oczywiście była niezasadna i sprzedawca wysyłał do nich informację o jej nieuwzględnieniu ale problem w tym że wysyłał ją np. 15 dnia, a nie 14.
-
Oj tam od razu miesza. Po prostu jest handlowcem, a nie producentem
-
Spróbuje ustosunkować się do powyższych postów oraz pytań i spróbuje wyjaśnić pewne zawiłości prawne. Cała moja reklamacja odbywała się na podstawie roszczeń z rękojmi, a nie gwarancji. Roszczenia z tytułu rękojmi służą przeciwko sprzedawcy ("sprzedawca jest odpowiedzialny względem kupującego, jeżeli rzecz sprzedana ma wadę fizyczną lub prawną") Gwarancja jest natomiast odpowiedzialnością producenta, a nie sprzedawcy i to producent w karcie gwarancyjnej określa jej zasady. Ja w moich sprawach wybieram zawsze rękojmię i od czasów studiów nie przegrałem jeszcze ani jednej reklamacji (2-3 razy doszło do sporu sądowego, ale zazwyczaj sprawa kończyła się na "przedsądowym wezwaniu do doprowadzeniu przedmiotu sprzedaży do stanu zgodnego z umową" ) To konsument pierwotnie wybiera czego żąda. Ma 2 główne możliwości: - żądanie obniżenia ceny - odstąpienie od umowy czyli zwrot pieniędzy. Jeżeli kupujący zażąda obniżenia ceny lub zwrotu pieniędzy to sprzedawca może nie zastosować się do któregokolwiek z w/w żądań kupującego jeżeli niezwłocznie i bez nadmiernych niedogodności dla kupującego wymieni rzecz wadliwą na wolną od wad lub wykona naprawę. Niezależnie od powyższego kupujący ma też 2 kolejne uprawnienia: - żądanie naprawy - żądanie wymiany towaru na nowy Tutaj sytuacja wygląda inaczej, bo sprzedawca ma naprawić lub wymienić rzecz w rozsądnym terminie i może odmówić wykonania tych żądań, jeżeli naprawa/wymiana byłaby niemożliwa albo wymagałaby poniesienia nadmiernych kosztów w porównaniu do innych sposobów rozstrzygnięcia reklamacji (może się przecież zdarzyć że koszt naprawy przekracza cenę jaką klient zapłacił za dany towar) Gdybym od początku żądał tylko obniżenia ceny lub zwrotu pieniędzy, to przy uwzględnieniu tego że moim zdaniem naprawa w 26 dni nie odpowiada pojęciu niezwłocznie, teraz miałbym wobec sprzedawcy roszczenie o zapłatę, a on nie mógłby się wykpić naprawą. Ewentualnie mógłbym łaskawie wyrazić zgodę na wymianę butów na nowe. Skoro natomiast od początku wyraziłem zgodę na naprawę to troszeczkę zmienia się moja pozycja, bo sprzedawca w tym przypadku miał: obowiązek w ciągu 14 dni poinformować mnie o rozstrzygnięciu reklamacji (to zrobił - poinformował mnie o tym że uwzględnił reklamację i zgodził się na naprawę buta), obowiązek w rozsądnym czasie i bez nadmiernych niedogodności dla kupującego usunąć wadę (to też zrobił w terminie 26 dni od zgłoszenia reklamacji). Przy okazji - bzdury pisze Rega twierdząc, że czas naprawy nie jest niczym limitowany - zarówno art 561 par 2 k.c. jak i art. 3 ust. 3 Dyrektywy 1999/44/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 25 maja 1999 r. w sprawie niektórych aspektów sprzedaży towarów konsumpcyjnych i związanych z tym gwarancji z dnia 25 maja 1999 r. mówią o rozsądnym czasie i o braku wywoływania nadmiernych niedogodności dla klienta. W doktrynie prawa cywilnego znane są też stanowiska które utożsamiają zwrot "w rozsądnym czasie" z pojęciem "niezwłocznie" (vide komentarz do Kodeksu cywilnego pod red. prof. dr hab. K Osajdy) Skoro sprzedawca w mojej sprawie zrobił jedno i drugie to teraz nie za bardzo mogę się przyczepić do samego sposobu rozpatrzenia reklamacji , bo sam przecież wybrałem "naprawę". No chyba, że będę twierdził że 26 dni nie mieści się w pojęciu "rozsądnego czasu" Problem w mojej sprawie polega na tym, że but został fizycznie uszkodzony w czasie naprawy. Nie mogę tego uszkodzenia reklamować na zasadach gwarancji/rękojmi, bowiem: - nie jest to wada fizyczna wynikająca z właściwości buta - wada nie powstała wskutek normalnego użytkowania buta - wada nie powstała podczas użytkowania buta przez konsumenta. Skandalem jest, iż sprzedający wypiera się uszkodzenia buta w czasie procesu reklamacyjnego, podczas gdy oczywistym jest, iż nie przyjąłby on butów do reklamacji gdyby miały one przetarcie w tym samym kapciu co rozprucie (przecież twierdziłby że skoro doprowadziłem do przetarcia buta to pewnie też w ten sam sposób doprowadziłem do jego rozdarcia - oba uszkodzenia były po tej samej stronie). Jeżeli już przyjąłby kapcia z dodatkowym uszkodzeniem do reklamacji to przynajmniej opisałby to uszkodzenie w protokole. Po drugie oczywistym jest, iż żądałbym naprawienia (nawet odpłatnego) tego przetarcia w sytuacji gdybym wiedział że buty i tak jadą do szewca.
-
Na początku listopada - podczas przedsezonowego sprawdzenia sprzętu - skapnąłem się, iż rozdarciu uległ kapeć w jednym z moich butów (puścił szew na łączeniu plastiku z neoprenową częścią buta) Salomon'ki XMax 120 były jeszcze na gwarancji/rękojmi, więc udałem się do sklepu i 9 listopada oddałem je do reklamacji. Ponieważ sklep był znany i zaufany (kupiłem tam dla siebie i moich bliskich 5-6 par butów i chyba ze 4 pary nart) poszedłem do niego w trybie "uf uf" i "uśpiona czujność" Bez większych ceregieli spisaliśmy protokół reklamacyjny. Nie widziwiałem - jako żądanie podałem naprawę. Nie wygłupiałem się z wymianą na nowe/odstąpieniem od umowy bo butki miały przecież prawie dwa lata. Po tygodniu miła pani telefonicznie poinformowała mnie o uwzględnieniu reklamacji i o odesłaniu butów do naprawy. Lekko nerwowo zrobiło się po upływie 14 dni od zgłoszenia reklamacji, ale kierując się sympatią do sklepu i osobistą znajomością z szefem nie żądałem niezwłocznego wydania nowej pary butów ani nie odstępowałem od umowy, tylko cierpliwie czekałem. W czwartek odebrałem telefon - buty gotowe do odbioru. Przyjeżdżam, wyciągam kapcia, oglądam. Pierwsze wrażenie - jest dobrze: piękny nowy szew w reklamowanym miejscu. Szkoda że zrobiony "na wylot", bo może będzie uciskać w kostkę, ale i tak lepiej niż sterczące 3 cm plastiku. Drugie wrażenie - jest bardzo źle - na czubku buta symetryczne dwa przetarcia kapcia (mam teorie, że szewc w tym miejscu złapał kapcia imadłem lub innym ustrojstwem, żeby użyć siły potrzebnej do przebicia igła plastiku w wyższej części botka) I zaczyna się jazda: Ja: "but został uszkodzony podczas naprawy" Pracownik sklepu 1: "to uszkodzenie już było wcześniej" Ja: "to dlaczego nie opisaliście tego w protokole?" Pracownik sklepu 1" "nie wiem" Pracownik sklepu 2 (przyjmujący reklamacje): "wydaje mi się, że tego uszkodzenia jednak nie było. Zwróciłbym na to uwagę" Pracownik sklepu 1: "musiało być wcześniej. To jest wytarcie - uszkodzenie mechaniczne" Ja: "nie było. Myśli Pan, że nie reklamowałbym od razu obu uszkodzeń, skoro reklamowałem jedno i to mniej istotne?" Pracownik sklepu 1: "pewnie pan wiedział, że tego i tak nie naprawimy" Ja: "elementarne zasady logiki przecież wskazują na to, iż przy składaniu reklamacji opisałbym oba uszkodzenia buta, a jeżeli nie, to z pewnością Wy opisalibyście to drugie uszkodzenie, żeby nie było na Was." Pracownik sklepu 1: "buty często się w tym miejscu przecierają. To ewidentnie pana wina i pana stóp, że w tym miejscu but się wytarł" Ja: "przecież ja nie mam ani halluksów, ani ostróg. But nie był odbarczany ani nawet wygrzewany. Poza tym drugi but nie ma nawet śladu otarć w tym miejscu" Pracownik sklepu 1: "ewentualnie możemy wysłać to do ponownej reklamacji. Za 2 tygodnie będzie pan miał naprawione" Ja: "ale ja wyjeżdżam w tym tygodniu na narty. Poza tym nie chcę żadnych łatek w tak drastycznym miejscu, które jest przecież najbardziej problemowe i najczęściej odbarczane" Dalsza część rozmowy była w stylu "nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi" Skończyło się złożeniem oświadczenia o nie przyjęciu butów z naprawy i złożeniem oświadczenia o odstąpieniu od umowy. Jeżeli nie zwrócą pełnej ceny butów, to dla samej zasady spotkam się z tą firmą w Sądzie. Jak oni muszą traktować klientów nie mających pojęcia o prawie, skoro na moje literalne cytaty z Kodeksu cywilnego pani sprzedawczyni miała jedną odpowiedź: "na szkoleniu mówili mi że jest inaczej" Na szczęście ja się znam lepiej na prawie niż oni na sprzęcie sportowym DWA MORAŁY: 1) TAM GDZIE CHODZI O PIENIĄDZE I INTERESY, NIE MA MIEJSCA NA SENTYMENTY I KOLEŻEŃSKOŚĆ (gdybym nie szedł im na rękę i od razu złożył żądanie wymiany butów/zwrotu pieniędzy to w myśl przepisów KC przy trwającym blisko miesiąc rozpoznawaniu reklamacji już byłoby po sprawie) 2) FOTOGRAFOWAĆ WSZYSTKO PRZY ODDAWANIU DO NAPRAWY
-
Teraz taka ciekawostka. Za tydzień jedziemy na Moltka w 4 osoby. W parku maszyn mamy do wyboru: - Mercedesa C z 2018 roku - Land Rovera Discovery Sport z 2018 roku - Nissana Qashqaia z 2019 roku na full wypasie a jedziemy starym, wysłużonym C4 Grand Picasso z 2014 roku Tak więc niby bycie "premium" jest ważne, a jak przychodzi do konkretów to nagle liczą się takie przyziemne rzeczy jak wygodne fotele, komfortowe zagłówki, duży bagażnik i oszczędne HDI
-
Niektóre marki próbują być na wyrost premium i same zadzierają tyłek wyżej głowy. Ponad rok temu przez chwilę byłem zainteresowany Infiniti Q30. Byłem w salonie, zgromadziłem pełną papierologię i porównałem oferty Infiniti z innymi markami premium. Oferta Infiniti była najmniej konkurencyjna, więc pozwoliłem sobie zadać pytanie z jakich to powodów mam płacić o 20.000 zł więcej niż za porównywalne Audi, BMW czy Mercedesa, zwłaszcza, że Infiniti Q30 to technologicznie Mercedes GLA (ten sam silnik, ta sama skrzynia biegów, to samo zawieszenie, a nawet te same przełączniki przy kierownicy oraz przyciski na konsoli centralnej) Jedyna różnica to inna deska rozdzielcza i inne multimedia (nawigacja w Infiniti w sierpniu 2018 roku miała stan map na lipiec 2016 roku ) Na moje pytania dostałem taką odpowiedź: "Pozostajemy ze stanowiskiem, że klienci który wybierają naszą marką są nastawieni na zalety, jakość wykonania naszych aut oraz bezpieczeństwo, wobec wykonania wozów „wielkiej trójki” o której Pan wspomniał. W INFINITI nie chodzi o to, aby iść utartym szlakiem. Nie chodzi o kopiowanie tradycyjnych, konserwatywnych wzorców luksusu. Nie uda mi się spełnić wszystkich Pana oczekiwań, lecz dzięki temu dla niektórych ludzi staniemy się wszystkim." Ostatnie zdanie PR-owcy wszystkich marek a nawet wszystkich branż powinni wrzucić sobie w stopkę korespondencji firmowej . W tym miesiącu byłem na jeździe próbnej wspomnianą wcześniej Skodą Kamiq. W każdym aspekcie Kamiq bije takie Infiniti Q30 na głowę (silnik, skrzynia, multimedia, systemy asystujące, virtual cokpit, matrixowe LEDy, elektryczna klapa, spasowanie elementów wnętrza). Tylko trzeba zaakceptować tą nieszczęsną "kurę" na masce, a to już kwestia tego, co siedzi w głowie.
-
Kolega odebrał Suberb na wypasie (2.0 TSI 280 KM, DSG, 4x4, L&K) i w drodze z salonu do domu podjechał do mnie żeby się pochwalić nowym nabytkiem. Moje pierwsze wrażenie było "coś tu śmierdzi benzyną". Uznaliśmy że może coś się wypala (przebieg 11 km) albo że po prostu kolega w stresie rozlał benzynę przy pierwszym tankowaniu. Po 15 minutach oglądania Suberba na parkingu nagle pojawiła się pod nim kałuża benzyny. Telefon do Skody. Laweta. Serwis. Okazało się, że wada fabryczna przewodu paliwowego. Zdarza się. Dobrze że nikt nie palił A co do Skody to powoli skręcam w jej stronę. Po roku jeżdżenia pewną "marką premium" bardzo poważnie rozważam zakup Kamiqa. Podoba mi się też nowe hasło reklamowe: "Skoda - dla tych którzy już nie muszą nikomu niczego udowadniać" Pozdrawiam
-
Skrót EGR kojarzy mi się tylko z jednym: ...to był piękny sobotni poranek jakieś 10 lat temu. Dokładnie była to sobota wielkanocna. Opel Signum 2.2 DTI dzielnie pokonywał kolejne kilometry autostrady A12 spiesząc się na otwarcie Gletscherbusa wiodącego ku śniegom Tuxa. Jeszcze na wysokości Kufstein nie wiedziałem co to jest EGR i nawet nie byłem świadomy, że coś takiego mam na pokładzie. Ale już na wysokości Worgl dowiedziałem się że EGR (a zwłaszcza uszkodzony EGR) oznacza (skutki podane w kolejności chronologicznej): - dwukrotne błyśnięcie "check engine" - stałe zaświecenie się "check engine" - wejście silnika w tryb awaryjny - zamiana Opla Signuma w parowóz Big Boy - nagła i całkowita utrata mocy skutkująca zatrzymaniem na poboczu autobahn'y - upieprzenie białych goretex'owych spodni narciarskich czarnym gorącym olejem prychającym z tłumika - pchanie blisko 2 tonowego żelastwa po awaryjnym pasie A12 wśród pędzących TIR-ów - czekanie 2 godzin na lawetę - czekanie kolejnych 2 godzin na przyjęcie samochodu do serwisu - czekanie następnej 1 godziny na opłaconą przez Allianz Assistance taksówkę, która z Worgl zabrała mnie do jedynej czynnej w Tyrolu tego dnia "partnerskiej" wypożyczalni, która mieściła się aż w St. Johann - spędzenie blisko 2 godzin w taksówce, w wypożyczalni i w wypożyczonym nowiusieńkim (mającym wówczas zaledwie 116 km przebiegu) Passerati B6 - stracenie jednego dnia na nartach - stracenie 468 Euro w kasie serwisu Tyle o EGR 3 miesiące później poszły wtryski 1 miesiąc po wtryskach poszła dwumasa Nigdy więcej nie kupiłem diesla... Nigdy więcej nie kupiłem używanego auta... Kurtyna
-
Taki rabat (30-35 % wartości cennikowej) dawali rok temu niemal wszystkim - w dniu 1.09.2018 roku wchodziła nowa norma czystości spalin (Euro 6d) i obowiązek homologacji pojazdów wg cyklu WLTP. Dealer miał na stocku kilkadziesiąt nietanich samochodów które nie miały nowej homologacji. Jeśli by ich nie sprzedał, to 31.08.2018 roku musiałby je sam kupić od siebie i zarejestrować, a potem sprzedać jako używane.
-
To nie do końca zawsze tak jest. Przykładowo ja w zeszłym roku kupiłem samochód marki "premium" mimo tego, że nigdy niczym nie imponowało mi posiadanie takiego samochodu i nigdy o takim nie marzyłem. Jedynym powodem kupna auta marki "premium" było to, że dostałem na niego 60.000 zł rabatu co skutkowało tym, że stał się on tańszy od identycznie albo nawet gorzej wyposażonych Opli Astra, Peugeotów 308 czy Seatów Leonów (te 3 marki pierwotnie rozważałem, ale na nie maksymalny rabat wynosił do 9.000 zł). Tak więc stałem się posiadaczem niby drogiej marki premium tylko dlatego, że nie stać mnie było na markę budżetową Nie czuje się lepszy jadąc takim pozornie "drogim przedłużaczem", a wręcz czuje swoiste zażenowanie...
-
Są sprzeczne dane - z jednej strony jest oświadczenie Merca z maja bądź czerwca 2019, że nie będą kontynuować linii X (nawet w Wiki napisali, że produkcja zakończyła się w 2019 i tym samym klasa X to najkrócej produkowana linia Merca - od 2017 do 2019), a z drugiej motor1,com opublikował testy X w wersji long i są w necie rendery wersji poliftowej. Co ciekawe klasa X nigdy nie była sprzedawana w ojczyźnie pickupów...
-
To spójrz na "zwykłego" Mercedesa X 350d - w serii 258 KM, 550 Nm, 4x4 i 7,9 sekund do 100 km/h. Przy rabatach udzielanych w Mercedesie do wzięcia za mniej niż 200.000 zł czyli za równowartość wszystkomającego Hiluxa Gdy przy najbliższym faceliftingu dostanie środek z aktualnej linii Mercedesa (dwa 10 calowe ekrany, MBUX itd) będzie to moje wymarzone auto. Wiem że ma 5.3 metra długości, ale to tylko 15 cm więcej od BMW 7, Mercedesa S czy Panamery
-
Chyba ma pecha. Od 2011 roku zacząłem kupować nówki z salonu, bo miałem serdecznie dość spędzania czasu w serwisach i wracania z Austrii na lawecie. Uznałem, że taniej mnie będzie kosztować kredyt na nowe auto niż np. wydanie w ciągu roku 11.000 zł na naprawy 7 letniego Opla Signuma, którego miałem w 2010 roku. Przez 8 lat miałem trzy downsizingowe turbobenzyny pochodzące od różnych producentów. Wszystkie miały się niby rozsypać od razu po wyjeździe z salonu. Dziwnym trafem przez 3,5 roku użytkowania Seata i 3,5 roku użytkowania Opla i zrobieniem każdym z nich po 50.000 - 60.000 km ani razu nie byłem w serwisie (poza corocznymi przeglądami)
-
Jest taka opcja jak kupujesz sezonówkę za październikową cenę... Ktoś wie może jak dokupić rozszerzenie na Moltka do wiosennej sprytnej sezonówki. Zalogowałem się w gopassie i nie widzę takiej opcji
-
Pure Powder Tour 2019 - KINO
sese odpowiedział MarioJ → na temat → Freeride / Freeskiing / Heliskiing
Kupione -
edit
-
Samemu sobie wszystko konfigurujesz. Ja wziąłem klasyczne ubezpieczenie na życie bo zrezygnowałem z takowego przy kredycie hipotecznym, a nie chcę obciążać kogokolwiek długami. Fundusz inwestycyjny też jest ale jako opcja - ja nie brałem. Nie wiem czy się coś nie zmieniło, bo umowę podpisywałem jakieś 4 lata temu.
-
Nie tylko. Są też indywidualne polisy dotyczące pokrycia kosztów leczenia. Ja np. mam Allianz Plan Pełnej Ochrony (3 pakiety w tym Allianz Best Doctors) Cały plan ochrony składa się z polisy na życie i 18 pakietów, które można dowolnie konfigurować w zależności od potrzeb. Tanio nie jest - około 400 zł miesięcznie, ale mam prawo do odszkodowania w następujących przypadkach: - w razie konieczności przeprowadzenia jednej z 700 operacji (w tym wszystkie operacje "narciarskie", "rowerowe" i "sportowe"). Odszkodowanie dostaje się niezależnie od tego czy operacja była w PL czy zagranicą, na NFZ czy prywatnie - w przypadku zachorowania na 36 chorób wymienionych w polisie m.in. nowotwory, udary, SM, AIDS, Parkinson, Alzheimer, cukrzyca itd - w przypadku zachorowania na 5 najgroźniejszych z punktu widzenia umieralności schorzeń (nowotwory, choroba wieńcowa, wymiana zastawki, niemal wszystkie zabiegi neurochirurgiczne i wszystkie przeszczepy od żywych dawców) mam prawo do natychmiastowego leczenia w niemal dowolnej placówce na świecie do kwoty 2.000.000 Euro To co wyżej opisałem to tylko 3 pakiety, a jest ich 18 do wyboru. Można ubezpieczyć rehabilitację, całodobową opiekę pielęgniarki, pomoc dla bliskich w razie śmierci, leczenie dziecka, leczenie szpitalne itd
-
Artykuł 5 Kodeksu cywilnego: "Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony" Od kilkudziesięciu lat budzi bardzo wiele wątpliwości interpretacyjnych PS Uzupełniam od razu, że 51 k.w. to artykuł 51 Kodeksu wykroczeń: "Kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny" czyli popularne zakłócenie ciszy (nie tylko nocnej). Tutaj problem jest w pojęciu "wywołać zgorszenie", co również od lat budzi wątpliwości...
-
Zieloną książeczkę ostatni raz miałem w ręce jakieś 10 lat temu. Od tego czasu jestem wierny czerwieni Im dłużej obcuje z czerwoną książeczką i im częściej muszę czytać, słuchać lub pisać o art 51 k.w. to tym częściej dochodzę do wniosku, że można z absolutną pewnością określić co wywołuje zgorszenie, a co nie. I to w sensie uniwersalnym, obiektywnym a nie indywidualnym .
-
Ja bym jednak starał się odróżnić to, czy wygląd danej osoby mnie brzydzi (sprawa subiektywna i ocenna), od tego czy wygląd ten jest odrażający (w tym przypadku chyba można pokusić się o sformułowanie obiektywnych kryteriów "bycia odrażającym", tak jak można moim zdaniem obiektywnie zdefiniować pojęcie rzeczy, osoby lub zachowania która "wywołuje zgorszenie") Co strojów "podtogowych" to pewien znajomy togę założył na: białą koszulkę na ramiączkach i hawajskie bermudy. Na nogach crocsy... O tempora, o mores !
-
Taki mały offtopic w ramach próby poszerzenia światopoglądu Co najmniej dwie z Prokuratorek pracujących w jednej z wrocławskich Prokuratur Rejonowych posiadają wytatuowane niemal całe ręce - od nadgarstków po ramiona. Część tatuaży jednej z Nich jest kolorowa, więc niewątpliwie "rzuca" się w oczy. Prywatnie takie ozdoby nie mieszczą się w moich kanonach piękna, ale nigdy nie podważałbym kompetencji lub wiedzy tych Pań tylko na podstawie tego, że tatuaże mi się nie podobają. Wśród przedstawicielek i przedstawicieli wrocławskiej Palestry jest jeszcze lepiej: - jedna z Adwokatek ma "ćwieki" w uszach, nosie i brwiach - inna Pani Mecenas ma wytatuowane całe ręce - kolejna Adwokatka ma kolczyki w brwiach oraz bardzo widoczne tatuaże na zewnętrznej części dłoni, na szyi i w dolnej części policzka - jeden z Panów Radców Prawnych ma nie tylko kolczyki, ale dwucentymetrowe tunele w obu uszach Znajoma Pani Notariusz ma, o ile się nie mylę, jedenaście kolczyków w jednym uchu. Czy to dodaje tym osobom piękna? - sprawa ocenna Czy posiadanie powyższych ozdób powoduje, że te wygląd tych osób należy uznać za: "kontrowersyjny" - być może; "prowokacyjny" - raczej nie - żadna z tych osób nie dąży do prowokowania ani buntowania kogokolwiek, "odrażający" - nie, nie i jeszcze raz nie. Czy posiadanie powyższych ozdób przeszkadza tym osobom w wykonywaniu niewątpliwie prestiżowych zawodów prawniczych - z pewnością nie. Tezy o "biednej na ciele i duszy dziewczynie" już nawet nie skomentuje.
