-
Liczba zawartości
1 283 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Zawartość dodana przez Estka
-
Dajmy góralom z Białki jeszcze kilka lat, a znajdą sposób i na to, żeby te swoje góry powiększyć....
-
Tak mi się przypomniało. Jakieś 10 lat temu, Poznań, MaltaSki. Do instruktora mamusia przyprowadza dziecko na pierwszą lekcję: - Dzień dobry, to jest mój syn. On wczoraj skończył 3 latka i dzisiaj ma pierwszą lekcję. - Dzień dobry, zapraszam. - Bo on wczoraj skończył 3 latka, czyli jeszcze dwa dni temu miał 2 latka i dzisiaj ma pierwszą lekcję. - No dobrze. - Rozumie pan? On w zasadzie, to jeszcze niedawno miał 2 latka i dopiero od wczoraj ma 3 latka... Jak powtórzyła to po raz trzeci, to instruktor westchnął, a jak zrobiła to po raz piąty, to ja zaczęłam mu szczerze współczuć. Przyjrzałam się dziecku, nie wyglądało na zbyt kumate, ani komunikatywne, ani... na zainteresowane nartami. Zrozumiałam, że mamusia potrzebuje materiału dla potomnych, na historyjkę o tym "jak to synuś zaczął jeździć na nartach jako właściwie dwulatek". Nie wiem, jak wyglądała lekcja, mam tylko nadzieję, że instruktor krzywdy mamusi nie zrobił .
-
Tobie też, jak na spamera, idzie całkiem nieźle. Wpisujesz bezsensowne, nic niewnoszące zdania tu i tam, tylko po to, żeby licznik tykał... I co, pewnie już się nie możesz doczekać, żeby nam swoją wyszukiwarkę lub inny sklepik zacząć wciskać?
-
To jakbyś Ty nazwał to, co się tutaj wydarzyło? "Przygoda na wyciągu" czy może bardziej "Kanapowy incydent"? Przecież na tym wyciągu mogły być osoby starsze, kobiety w ciąży, małe dzieci, czy inni nieprzyzwyczajeni do skakania z wyciągu w celu ratowania życia...
-
Na pewno mniej, niż narciarzy jeżdżących po kilkanaście (lub więcej) lat i wiedzących o swoim sprzęcie tyle, że "to chyba jakieś felkle, ale modelu nie pamiętam".
-
Więc chyba najlepszą opcją będą buty z możliwością wygrzania (ale dopiero po jazdach testowych) lub... do końca okresu dojrzewania - wypożyczalnia pod stokiem . Wydaje mi się, że jak bunt maleje, to buty jakoś lepiej leżą na nogach .
-
Kask jest potrzebny tak często, jak poduszka powietrzna w samochodzie, czyli statystycznie prawie nigdy. Tylko cały problem polega na tym, żeby ten kask akurat wtedy był na głowie, jak się to "prawie" jednak wydarzy. Ps. Przypomniał mi się dowcip: Facet, jadąc samochodem przez wieś, wyleciał z drogi na ostrym zakręcie i wpadł do rowu. Na szczęście nic mu się nie stało, ale samochód trochę ucierpiał. Wkurzony facet biegnie do sołtysa: - Dlaczego tam nie było żadnego znaku ostrzegającego, co?!!! Sołtys się tłumaczy: - Był tam znak i to przez wiele lat, ale ponieważ nie było żadnych wypadków to uznaliśmy, że jest niepotrzebny...
-
Zgadzam się z Tobą i niczego nie dzielę. Napisałam to po to, żeby pokazać, jak mało istotny jest wiek przy zakupie butów narciarskich. Dużo ważniejsze są waga i wzrost, rozmiar buta, a przede wszystkim potrzeby i indywidualne odczucia narciarki. I to ona powinna wybrać sobie buty. A jeżeli jej jest wszystko jedno, to najlepiej wybrać najtańsze .
-
To ja będę chodzić w kasku przez cały czas! Wprawdzie ludzie się będą gapić, ale za to po roku moje IQ wyniesie 300
-
Ale zakładając, że większość producentów rozróżnia buty dla dziewczynki i kobiety, oraz dla chłopca i mężczyzny, to określmy, kiedy dziecko staje się narciarsko-obuwniczym dorosłym? Czy tą granicą jest osiągnięcie pełnoletności, czy może wcześniej? Przykład: Ja w wieku 14 lat miałam 165 cm i 50 kg. W wieku 18 lat - 170 cm i 55 kg. Moja koleżanka w wieku 14 lat miała 160 cm i 45 kg, a w wieku 18 lat - 165 cm i 50 kg. Czyli ona jako 18-latka miała moje wymiary z 14 roku życia. Stopy przez te 4 lata może urosły każdej z nas o rozmiar, a może nawet nie. I co ważne, ona zawsze była silniejsza ode mnie, mimo że była mniejsza. Więc - kiedy ona powinna wejść w dorosłe buty, a kiedy ja?
-
Dodam, że: Po pierwsze - za buty płacimy przed wygrzaniem, a nie po. Po drugie - nie wiem ile wzrostu ma nasza nastolatka, ale 55 kg to średnia waga dorosłej kobiety.
-
Co to znaczy: "niby dobre rozmiarowo"? To znaczy, że są dobre? Czy jednak niedobre? My tych butów nosić nie będziemy, więc nie pytaj nas o opinię tylko swoją córkę. To jej mają pasować, nie nam. Jak woli 90, kup 90, a jak lepiej jej w 120, kup 120. My możemy jedynie kolor ocenić . Jeżeli buty są ok, to nie ma potrzeby ich wygrzewać, ale jeśli córka będzie się skarżyć na jakieś uwieranie, to po to jest ten system, aby uwierania nie było. W zeszłym sezonie kupiłam synowi inny model Headów (flex 110) i buty były dobre. W tym roku stopa mu urosła, ale jakoś się wbił. W domu powiedział, że da radę w nich jeździć, ale na stoku zaczęły się schody. Po dwóch dniach podjechaliśmy do serwisu, który miał maszyny, buty zostały wygrzane i znowu były dobre.
-
Hmm, tu "podpucha", tam "niegrzeczny"... Nie znamy się osobiście, ale zaczynam podejrzewać, że nie jesteś żadnym szacownym dziadkiem Kuby, ani zasłużonym weteranem, tylko dojrzewającym gimnazjalistą .
-
Jeżeli podejrzewasz, że osiągnęła już wymiary docelowe, to bez obaw możecie pomyśleć o damskich butach. Ja 13-latkowi kupowałam buty dorosłe (flex 110), bo miał stopę, wzrost i wagę mało dziecięce . Tylko, że mój nadal rośnie, więc w przyszłym roku czekają nas kolejne zakupy... . Kilka razy skarżył się na zimno, ale odpowiednie skarpety załatwiły sprawę. Szukaj takich, które przede wszystkim grzeją - z wełny lub innych nitek, oznaczonych i opisanych jako b.ciepłe.
-
Tradycyjny, staropolski, wywinięty orzeł.
-
Kiedy robiłam prawko, instruktor wkurzał się, że jeżdżę jak "dostawca pizzy" . Kiedyś po kolejnym zakręcie bez redukcji i hamowania, kazał mi zjechać na pobocze "bo w końcu musi być zjebka". Spore problemy miałam z gasnącym silnikiem i... z przekraczaniem dozwolonej prędkości. A teraz gdy jest kilka pasów, a ja stoję pierwsza, to spod świateł ruszam pierwsza. Zawsze . Ale jara mnie to tylko wtedy, gdy samochód ruszy cicho. Najbardziej lubię jazdę płynną, i jako kierowca, i jako pasażer. Jak mój pasażer leci do przodu, to jest to dla mnie obciach i zawsze przepraszam . Przyśpieszać lubię, hamować (gwałtownie) nie. Prędkość lubię, ale przeciążeń nie znoszę, mdli mnie na sam widok "sprzętów" w parkach rozrywki.
-
1. Oczywiście, że nie taki, bo przecież ja tutaj wszystko piszę i biorę na poważnie. Albo jeszcze bardziej . 2. Zaproś mnie kiedyś na taką przejażdżkę samochodem, a ja udowodnię Tobie i Twojej tapicerce, że przeciążenia wcale nie są takie fajne...
-
Pod K2 siedzi w namiocie kilkunastu chłopa, którzy codziennie miotają się między chęcią zrealizowania swojej pasji, a możliwością przeżycia. Jednemu w końcu puściły nerwy i wyrwał na szczyt, a inni pod wpływem wzburzenia powiedzieli kilka niemiłych słów. I tyle. Nie wiemy, jak naprawdę było, jak wyglądały wcześniejsze rozmowy i kłótnie, jakie były ustalenia odnośnie całej wyprawy, więc chyba lepiej nie oceniać tak jednostronnie. I na dodatek publicznie.
-
Ta nasza dyskusja przypomniała mi pewien wywiad (pierwsza minuta) :
-
Nie ma mowy. Spiochu musi być sam, żeby było mu przykro! Ps. Z Twojej relacji wynika, że taki "najarany i cieplutki maksymalnie" stałeś się właśnie po tym megadzwonie. Więc ci świadkowie to... lepiej, żeby ich za wielu nie było .
-
Jesteś również na ostatnim, więc się aż tak nie ciesz...
-
W takim razie... ja Ciebie umieszczam na mojej liście forumowych szaleńców stokowych . Oto ona: 1. Spiochu.
-
Proszę mnie natychmiast wykreślić z tej listy . Nigdzie nie napisałam, że panicznie boję się upadku. Napisałam, że najbardziej bałam się "szpagatu", bo w porównaniu z innymi upadkami wydawał mi się najmniej przyjemny. Moja druga gleba wynikała z przeszarżowania. Nie przewidziałam (a powinnam), że na pustym stoku będę nagle musiała ominąć przeszkodę. Wystraszyłam się, nie upadku, tylko tego, że na pełnej prędkości zderzę się z własnym mężem. Mój upadek był konsekwencją uniknięcia zderzenia.
-
Nikt, kto panicznie boi się upadku nie jeździ na nartach. Ani zawodnicy, ani goprowcy, ani ci co tylko pługiem, ani dzieci, ani ich mamy. Nikt. Bo gdyby się bali, to by nie jeździli. To po pierwsze. Po drugie - nikt tak naprawdę nie lubi się wywalać na nartach. Tylko, że niektórzy starają się tego unikać (nawet kosztem prędkości czy efektywności), a inni starają się mniej. To trochę, jak z unikaniem mandatów na drodze. Nikt nie lubi ich płacić. Tylko, że jedni jeżdżą zgodnie z przepisami, a inni liczą na to, że nikt ich nie złapie. Ci pierwsi też nie mają gwarancji, że nigdy nie zapłacą, bo zawsze mogą coś przeoczyć, zapomnieć się, czy zagapić. Ale starają się bardziej od tych drugich.
-
Miałam w życiu 2 upadki, które sporo mnie nauczyły: 1). Kiedy zaczynałam jeździć i często płużyłam, najbardziej bałam się "szpagatu". Kiedy go w końcu zrobiłam, przekonałam się, że moje obawy były słuszne, bo boli to tak, jak sobie wyobrażałam . 2). Syn, widząc moją zachowawczą prędkość, namawiał mnie na "puszczenie nart". W końcu postanowiłam się przełamać i pojechać jak najszybciej, ale po przekątnej stoku (dla bezpieczeństwa). Stok był pusty (co kontrolowałam cały czas), ale nade mną jechał mój mąż. W pewnym momencie on zrobił ruch, jakby chciał przeciąć mój tor, a ja spanikowałam i na pełnej prędkości zrobiłam odwrót... Nauczyłam się, że lepiej jeździć wolniej, niż mieć ciągle przed oczami ziemię zbliżającą się do mojej twarzy. Pozostałe upadki nie nauczyły mnie niczego. No, może szybkiego podnoszenia się, żeby ciuchy nie przemokły .
