Cała aktywność
Kanał aktualizowany automatycznie
- Z ostatniej godziny
-
Bardzo ciekawy wątek się pojawił i bardzo Ci @Jan za to zdjęcie dziękuję. Oczywiście fotka jest wycięta z pewnego kontekstu jazdy i można się nad nią "onanizować" ale czy Waszym zdaniem jazda/nauczanie "na szelkach" się sprawdza. Moim zdaniem absolutnie NIE bo: 1. brak elementu naśladownictwa 2. brak elementu nauki jazdy po łuku - dzieciaki w naturze mają parcie do przodu 3. w większości przypadków przez nieumiejętne używanie (jak widać na załączonym obrazku) prowadzi do sylwetki odchylonej. 4. zrzucenie procesu decyzyjnego w kontekście planowania zjazdu na osobę kompletnie do tego nie przygotowaną 5. Tu taki nie precyzyjny wpis - zapłóżanie, zapizzowanie - podopieczny skupia się jedynie na hamowaniu a nie na jeździe. 6. Lenistwo uczącego i bezpośrednie przełożenie na lenistwo uczonego. Generalnie kompletnie odradzam. Kiedy szelki mogą wg. mnie być stosowane - jedynie jako asekuracja dla świadomie jeżdżącego narciarza i to kompletnie na luźnej "linie", czy są świadome swojej jazdy 4-5 latki - tak.
-
Jeżeli powstanie "to coś" to Panie nie ma bata....a jak idą za tym umiejętności to już nie ma o czym pisać
-
No ja właśnie jestem na etapie gdzie na mroźnej planecie Hoth mroczny rycerz Darth Dino toczy epicki bój z będącym po jasnej stronie mocy Miśkiem Skywalkerem.
-
Puchar czy medale to jest akurat znany standard postępowania z dziećmi. Drobne nagroda, wielki efekt. Natomiast to czy instruktor był kumaty czy nie, to była dla mnie loteria. Wybrałem wyjazd dla dzieci, instruktor to była niewiadoma. Miałem dużo szczęścia w historii nauczania swojej córki. W całej jej historii zdarzył mi się tylko jeden słaby instruktor, w Szczyrku.
- Dzisiaj
-
Ten puchar to była bardzo ważna rzecz i dobry kumaty instruktor.
-
Wpadaj śmiało. Ja już skończyłem.
-
Dziś wiatr pozamiatał Chopok o 12 wczoraj o 13☝️ Polecam 🤣🤣🤣 PS. nie no spoko Lučki, Biela Put i inne dupowożenia jeździły 💪
-
jak z jednego jaja, to nie ma znaczenia, który bliźniak.
-
Taki qmentarz wczoraj na Eurosport:
-
Wpadnę chyba na wieczorne. Będziesz jeszcze? 🙂
-
@Mitek jak widzisz wyżej a ty wyłapałeś tylko „miły” z calosci🤷♂️ także tak możemy dyskutować kto co wyłapie dla siebie interesującego do dalszej dyskusji 😉 pozdro
-
Instruktor na początkowym etapie dziecka, to bardzo ważny wybór. Ponieważ na samym początku jest ustawienie pozycji narciarskiej, jest dawanie kijów, jest jazda na talerzyku. Jeśli to się źle zrobi, to zostaje to na lata, zostają błędy postawy, mogą być złe albo dobre wspomnienia. Np. u mojej córki zostało wspomnienie pucharu za pierwszy slalom i ją to bardzo motywowało do następnych wyjazdów. No i została dobra postawa nadana przez instruktora który ze wszystkim dziećmi jeździł tyłem a pot lał mu się litrami.
-
Cześć Dziękuję. Jak widać da się. To jest bardzo konkretna i dobra porada, w której chciałem podkreślić podstawowy przekaz. 1. Wybór instruktora, tak jak kafelkarza czy lekarza to pewien proces, który można usystematyzować i badając rynek oraz traktując sprawę poważnie dokonać sensownego wyboru. 2. I drugi bardzo ważny aspekt w kwestii szkolenia dzieci. Piszecie o tym dużo a traktujecie to hasłowo. A koleżanka po prostu to zrobiła. Stworzyła w prosty sposób sytuację w której to młody człowiek dokonywał wyboru. Bardzo dziękuję za ten post. Szacun dla Estki, Estko! Pozdro
-
To ja zapytam o Wasze doświadczenia właśnie o instruktorów, którzy nie gadają po polsku? Jak dzieciaki reagują, na ile ma to sens? Póki co córka miała instruktorów Polaków, lub Słowaka który też mówił po polsku. Córka uczy się angielskiego i w szkole i poza nią, ale mimo jest to bardzo wczesny etap, więc nie wiem czy coś z tego wyniesie w razie czego.
-
Co więcej Jan pogardliwie wypowiada się o górkach, jakby tylko zjazd z k2 uczył czegoś, cóż nie on jeden prezentuje geocentryczną wróć egocentryczną teorię wszechświata narciarskiego, a dróg jest wiele, nie wszystkie prowadzą na manowce, cudne manowce;-) pamiętam sagę z Niko gdy Fred objezdzony alpejsko też dezawuował sudeckie górki, a Niko niejedną osobę nauczył na tychże górkach porządnej jazdy, nadmienię, że to z Fredem zdarzyło mi się jeździć, a nie z Niko.
-
Mirek. Jaja sobie robisz. To jest światowy top. Wiedzę na temat różnic mają w Polsce chyba tylko ludzie z najbliższego otoczenia Maryny. Reszcie, nawet dobrym trenerom może się jedynie wydawać, że wiedzą. Popatrz na Szafrańskiego. Przecież gość o nartach wie "wszystko" a jak często myli się w ocenie.
-
Andrzej, nie jest to zgodne z prawdą. To, że go stać, to nikomu tego nie ukradł, tylko na to zapracował. A że ma na to obecnie czas, więc jeździ. Irytujące jest tylko to, że jedyna rada jaka potrafi sklecić, to jedź w Alpy i naucz się jeździć, tak jakby tego nie dało się zrealizować w PL. Wyjazd w Alpy jest zasadny, jeśli już coś potrafimy i będziemy się mogli z tego cieszyć. Koszty nie są małe i nie ma sensu takich wyjazdów realizować, jeśli obciąży to znacznie czyjś budżet, a wrażenia z wyjazdu będą słabe. Bo trafimy na niepogodą, czy też ośrodek o zbyt trudnych trasach vs nasze umiejętności, albo jedno i drugie, pojawi się frustracja i zniechęcenie. Nie każdy ma taką możliwość, więc realizuje to na swój sposób, który akurat jest możliwy do wykonania. Byłeś chyba ostatnio z wnukami w Kasinie podczas ferii. Dość niedawno. Czemuś z nimi w Alpy nie pojechał? Stać Cię a i czasu masz sporo, a na popierdółkach jeździsz i to dobitych po sufit - bo w ferie. pozdro
-
Jeśli nie o pedofilach. Ręce może i dobre ale dotyk zły?
-
Lepsza przedszkolanka niż psychopata - a tych wśród sportowców niestety sporo. Ciekawe czy są psychotesty choćby takie jak na kierowcę jak się chce wozić ludzi?
-
Kamieńsk kręci…
-
Nie tyle z nizin co z dużych miast lub tych z pobliża dużych miast. Ci z gór to margines i nawet nie ma co sobie nimi zawracać głowy. Ja mogę powiedzieć o sytuacji mojej rodziny/znajomych w Krakowie, Warszawie, Gdańsku i trochę w Poznaniu. I wszędzie wygląda podobnie. Mam na myśli szkolenie dzieci. Szkolenie podstawowe, tzw. pierwsze kroki, u miłych pań/panów, potem już stałe lub okresowe szkolenie w klubach lub, czasem zagranicznych, instruktorów. Niestety narciarstwo, szkolenie i wszystko to co z tym jest związane, wymaga dużo kasy. Taki rodzinny wyjazd na tydzień z klubem i szkoleniem to b. duży wydatek. Na tyle duży, że można sobie postawić pytanie czy warto. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć.
-
Niezbyt często zaglądam na SO, ale zmobilizowałeś mnie, fota całkiem, całkiem pozdro
-
1) Założyłam, że każdy człowiek z napisem "Instruktor" na plecach potrafi jeździć na nartach i potrafi uczyć jeździć. W każdym razie, kiedy syn zaczynał (wtedy miał 5 lat) - ja nie byłam w stanie tego zweryfikować. 2) Przyglądałam się instruktorom na stoku. Zagadywałam. Musiał być bystry. Musiał ogarniać. Musiał łapać kontakt z moim dzieckiem. Musiał chcieć z nim rozmawiać. No i musiał łapać kontakt z matką 😁. 3) Decydująca była pierwsza lekcja (próbna) i zdanie dziecka. To syn wybrał instruktora, z którym uczył się jeździć. Ten poważny, ale "merytoryczny", który robił masę wykładów i często krytykował - został instruktorem męża. Syn wybrał "luzaka", idola, z którym jeździł po lasach. Ten instruktor potrafił podczas lekcji się opalać, a mój syn ze swoją kuzynką trenowali jazdę na tyczkach, tylko że najpierw kazał im te tyczki... porozstawiać. 🙂 Dokładnie ten sam system stosowałam przez całą edukację syna, kiedy korzystaliśmy z korepetytorów (angielski, przygotowanie do egzaminów, matura, itp.) Ja szukałam kogoś w necie, rozmawiałam telefonicznie, zapraszałam do domu na lekcję (w późniejszych czasach na online), a syn po godzinie zdawał mi relację. Czasem od razu było: "super", a czasem: "mama, ale dziwny człowiek".
-
Mitek, zaczęłam narciarstwo 7 lat temu. Moje doświadczenia są jeszcze malutkie. Skąd mam wiedzieć, jak powinno wyglądać wkręcenie małych dzieci w narty? Moje miały 10 i 19 lat. Rzuciłam hasło i poszło. Wjechali instruktorzy (marni i fachowcy) i tyle. Nie było wkrętek, podchodów i sprzeciwów. Nie było takiej potrzeby. Mam do czynienia jeszcze z pieluchami, nie z przedszkolakiem. Nie za bardzo wiem, jak do takiego maluszka podejść i przekonać go do zamontowania desek do nóg i założenia kasku. Owszem, posłużę się swoją intuicją i zabawą, ale moja wizja „szkolenia” maluszków nie istnieje. Istnieje wizja mojego szkolenia, dorosłych. Jak będzie starszy, to go pokieruje. Zatem przydadzą się wskazówki, porady, chwyty i myki, jak w ogóle zacząć, w domu, gdzie maluszek zna otoczenie i czuje się bezpieczny. Trzeba wziąć też pod uwagę, że ja jestem babcią, nie mamą i nie na wszystko Niko mi pozwoli.
-
Ale to chyba nie Jarosław...
