Chcialbym się mylić, ale jak pomarańczowy zwietrzy interes to sprzeda nas za baryłkę ropy.
Przypomnę Afganistan. Jankesi prowadzili tam wojnę przez dwadzieścia lat, wydali gigantyczne pieniądze, zbudowali bazy, wyszkolili i wyposażyli armię, wspierali rząd, a potem uznali, że dalsza obecność przestała leżeć w ich interesie.
I co się wydarzyło? W sierpniu 2021 roku w ciągu kilkunastu dni talibowie przejęli kontrolę nad niemal całym państwem. Kabul padł 15 sierpnia, a dwa tygodnie później ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Afganistan. Dwadzieścia lat wojny, tysiące zabitych, gigantyczne wydatki i finał, który powinien być obowiązkową lekcją dla każdego polityka opowiadającego o wiecznej przyjaźni między państwami. Polska to nie Afganistan. Mamy NATO, inne zobowiązania sojusznicze, własną armię i zupełnie inne znaczenie strategiczne. Ale amerykański sztandar powiewający nad jednostką wojskową sam z siebie nie zatrzyma ruskich czołgów. Do tego potrzebne są decyzje polityczne, gotowość do walki i realne zdolności obronne, a nie wiara, że Wuj Sam przyjedzie z odsieczą, bo przecież kiedyś obiecał.