Skocz do zawartości

KubaR

Members
  • Liczba zawartości

    257
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez KubaR

  1. KubaR

    Pierwsza pomoc na stoku

    To nawet nie chodzi o dobór sprzętu. W tej chwili standard jest taki, że ratownicy (przynajmniej GORP) mają jechać z pełną apteczką do każdego zgłoszenia, a środek transportu ma być wyposażony w deskę. Niestety wyposażenie w defibrylatory i tlen jest już ograniczone do większych stacji i części samochodów. Jeżeli wzywając pomoc podamy, że klient nie oddycha lub ma potężne urazy to równocześnie ze startem ratowników na wyciągu wystartuje wsparcie - samochód z najbliższej stacji z odpowiednim wyposażeniem (i lekarzem, czasem z pogotowia), karetka pogotowia czy śmigłowiec sanitarny. Pozdrawiam, Kuba
  2. KubaR

    Pierwsza pomoc na stoku

    Hej, Panowie czy nie wchodzicie za bardzo w szczegóły? Chyba tutaj piszemy o sytuacji stoków narciarskich i zwykłych ludziach. Jeżeli ktoś nie jest specjalistycznie przeszkolony to może (a raczej powinien): - zabezpieczyć miejsce wypadku, - zabezpieczyć poszkodowanego - raczej w typowych warunkach stoku rzadko, - wezwać jakieś przedsiębiorstwo transportowe typu TOPR/GOPR. Jeżeli jest przeszkolony w ramach jakiegoś BLS+AED (podstawowe zabiegi ratujące życie + defibrylator) czy BTLS (poziom circa ustawowo zdefiniowanych kursów kwalifikowanej pomocy przedlekarskiej) to wtedy może się bawić więcej, ale wtedy raczej wie co w takich przypadkach zrobić. Pozdrawiam, Kuba
  3. Wywołałem wilka z lasu :-) Spieszę wyjaśnić, że chodziło mi nieco inny aspekt sprawy niż poszła dyskusja. Konkretnie napisałem, że poczułem największy progres w jeździe gdy zacząłem dużo (a raczej wyłącznie) w miękkich butach. Po jakimś czasie okazało się, że da się zjechać w nich takie rzeczy, o których wcześniej myślałem, że wymagają hiper podparcia. I oczywiście i Mitek i Janek macie rację w twardych butach się jeździ lepiej, masz lepsze podparcie, kontrolę itp. ale dla mnie jedną z miar narciarza jest umiejętność zjechania w trudnych warunkach "w kapciach". Wzięło mi się to z takiego zdarzenia kiedy jechałem za kolegą, który jechał w nieprzepiętych do zjazdu butach turowych i zapierdzielał tak, że go dogonić nie mogłem w ściśle zapiętych i twardszych. Owszem ale co z wyrobieniem odruchów? Zwróć uwagę ile ludzi, często bardzo dobrych narciarzy ma problemy z jazdą przy ograniczonej widoczności, szczególnie nocą, albo podczas jazdy w lesie (o jeździe nocą po lesie nie wspomnę). Związane jest to z tym, że muszą myśleć jak jechać, a tymczasem nasz komputer w głowie jest zajęty tym gdzie jechać. No i nie wyrabia. I dlatego ja wybrałem taką drogę - przejście na stosunkowo miękkie buty na cały sezon (i już tak zostało) coby wyrobić odruchy i zakodować je sobie w głowie. Szczerze mówiąc to nei spodziewałem się skutków w postaci poprawienia ogólnego czucia nart i byłem tym zaskoczony - to zresztą jest główny powód dla którego piszę o tym. Mam wrażenie, że dużo osób nie potrafi jeździć bez tego podparcia butem. Takie wrażenia mam po moich kursantach - często chłopaki które na slalomce 155 i w bucie "World Cup" po zamianie sprzętu na turowy, nawet na przygotowanym stoku jeżdża duuużo gorzej, o terenie nie wspomnę. A jazdę w rozpiętych butach to stosuję i teraz, nawet rozpinając te miękkie. Podobnie jak jazdę z zamkniętymi oczyma (oczywiście z asekuracją) - niesamowicie poprawia odbiór wrażeń "z nóg". Jak dla mnie na pewnym poziomie jest to interesujące doświadczenie i po swoich doświadczeniach uważam, że na pewnym poziomie większość powinna popróbować. Zwłaszcza w zróżnicowanym terenie gdzie w rozpiętych się nie da bo się z nich wyleci. A że łatwe na początku to nie jest to absolutna zgoda. Zresztą ja w tej chwili mam dość twarde (jak na skiturowe) buty choć od typowo zjazdowych są dużo miększe. Oczywiście cały powyższy wywód jest sensowny na pewnym poziomie jazdy. Pozdrawiam, Kuba
  4. Napiszę coś heretyckiego.... Otóż uważam, że pierwszy od wielu lat istotny postęp w jeździe łapnąłem wtedy jak zacząłem używać miękkich butów (skialpinistycznych). O circa połowy lat 80-tych miałem buty wyczynowe lub parawyczynowe. I jakoś się ślizgałem. Na przełomie lat 90 i 2000 zdenerwowany faktem, że zmiana butów pomiędzy wyczynowymi salomonami a turowymi dwuklamrowymi dynafitami powoduje dyskomfort w jeździe, postanowiłem przejeździć sezon tylko w w tych dwuklamrowych kapciach. Po pierwszych doświadczeniach nagle coś zaskoczyło. Długo zastanawiałem się dlaczego i myślę, że póki miałem twarde, wspierające buty to po prostu na nich wisiałem. Jak zacząłem jeździć w "kapciach" to nagle okazało się, że muszę "stać na narcie". Kuba
  5. Hej, Wrzuciłem opis z lat 60-tych dotyczący skrętu ciętego by raczej pokazać, że teksty które są czesto dziś pokazywane jako efekt techniki carvingowej były dostępne od lat. Skręt "na krawędziach" istniał od dawien dawna, natomaist Filinator ma rację, że: miałem nawet kiedyś takie powiedzenie, że aby dobrze wykonać skręt cięty to trzeba mieć super technikę, albo móc zrobić przysiad ze sztangą 150kg. A najlepiej i to i to. A tu się nie zgodzę do końca. Tzn. zmieniło się tylko to, że owszem zmienił się sprzęt, technologia poszła do przodu i możliwe się stało wyprodukowanie nart sztywnych poprzecznie a miękkich wzdłużnie. Natomiast z tą zmianą techniki to chyba nie jest do końca tak. Jeżeli weźmiesz narciarza który potrafił jeździć techniką ciętą na klasykach i postawisz go na karwingach to za moment na nich będzie jeździł w sposób cięty. Nawet jeśli będzie robił wszytsko to co pomagało mu zrobić skręt cięty na klasykach. Szybko zauważy, że to jest po prostu łatwiejsze i przyjemniejsze. I wtedy zacznie się jego ewolucja - bardzo często bez niczyjej ingerencji zostaną wyeliminowane wszytskie niepotrzebne przyruchy. Znam kilku gości którzy jeżdżą od lat 40-tych na nartach i Ci co potrafili od lat jechać techniką ciętą to łapnąwszy karwingi się przestawiali błyskawicznie a uśmiech się im na uszach zatrzymywał. Ale to nie tak. Ci ludzie nie jeździli na klasykach techniką ciętą. Nie czuli nart. I zmiana sprzętu nic im nie dała. Oni jeżdżąc wykonywali pewien wyuczony zestaw ruchów który pozwalał na zmianę kierunku. I tych trzeba wyuczyć innego zestawu ruchów. Wiesz, nie znam nikogo kto by negował "carving", a kto sensownie jeździ. Głosy które tu się odzywają raczej mówią o tym by nie pozbawiać programu nauczania elementów które są bardzo przydatne. Co więcej są bardzo przydatne poczatkującym czy średniozaawansowanym, a takich jkest na stokach najwięcej. Nie tylko nasze stoki często po kilku godzinach są rozmiekłe, po "sztruksiku" nie zostało śladu i co wtedy? Ty sobie poradzisz, MirekN też, Mitek ale Ci co są na nartach 10 dni w roku przy zerowym przygotowaniu kondycyjnym? A wykonując odciążenie może nie jest pięknie, nie jest to zgodne z trendem ale jest łatwiej, a w konsekwencji nieco bezpieczniej. Ja nie jestem instruktorem i daleko mi do waszej wiedzy i poziomu jazdy, przyglądam się zagadnieniu od drugiej strony. Widzę, że ludzie na stokach mają braki kondycyjne. Jeżdżą jak jeżdżą. I chyba nigdy nie uda się z nich zrobić super-techników. Czemu im nie dawać prostej, łatwej i nei wymagającej przygotowania kondycyjnego techniki na rozmiękłe dojazdy, roztopione stoki, czy zwały kalafiorów? A jednocześnie kłaśc nacisk na krawędź wtedy kiedy się da, kiedy jest bezpiecznie. W wielu dziedzinach na etapie początkującego daje się podstawy, ale jak najszersze, a potem klinet się może specjalizować. We współczesnym narciarstwie taką specjalizacją dla pewnie 80% to będzie czysta krawędź. Pozdrawiam, Kuba
  6. Dokładnie. A dokładniej Georges Joubert i Jean Vuarnet "Jak doskonalić się w narciarstwie" ("Comment se perfectionner a ski") bodajże z 1968 roku, wydanie polskie które mam z 1974. A brzmi jakby współcześnie i rewolucyjnie Kuba
  7. Hej, Tak na kanwie tego cytatu mam taką zagadkę. Kto i kiedy to napisał: "Aby skręcać bez ześlizgu stosujemy technikę cięta. Co rozumie się pod pojęciem technika cięta? Jeżeli skręt wykonywany jest bez ześlizgu mówimy, że jest "cięty". Wykonując go mamy wrażenie jak gdybyśmy jechali po szynach, lub jeszcze dokładniej - na łyżwach. Trzeba byśmy przed opanowaniem umiejętności ciętych skrętów zrozumieli kilka zasad. Nowoczesne narty pomyślane są w ten sposób, że po zakrawędziowaniu mają tendencję do poruszania się po pewnym określonym łuku. Łuk ten jest zmienny, zależnie od kąta nachylenia ślizgu narty do powierzchni śniegu (krawędziowanie), oraz od punktu nart, na który pada rzut środka ciężkości ciała narciarza./.../Tylko zachowanie układu pozwala na zapoczatkowanie skrętu ciętego. Natomiast do prowadzenia skrętu wystarczy proste pochylenie ciała (działa wtedy dociskająca narty siła odśrodkowa, której przy zapoczątkowaniu skrętu jeszcze nie ma). Na lodzie nieobciążone narty nie mogą wyciąć skrętu, do tego potrzebne jest stałe ich obciążenie. Reguła ta dyskwalifikuje stosowanie wszelich ruchów mających wpływ na obciążanie nart, a więc odciążenie przez zejście-wyjście, skoczne odciążenie, a nawet raptowne zejście w dół." Kto wie? Kuba
  8. KubaR

    straaaaaaaaaaaaach????

    To, że była na stronie nie oznacza, że była faktycznie (w sensie oficjalnego komunikatu GOPR GK). Co więcej jeżeli chodzi o sezon 2005/2006 i późniejsze, to na pewno nie było, chyba, że Służba Śneigowo - Lawinowa w Twojej Grupie co innego publikuje na stronie, a co innego podaje w swoich rocznych sprawozdaniach. Co do sezonów wcześniejszych to musiałbym iść po sprawozdania do starego mieszkania, jak chcesz mogę to prześledzić jeszcze kilka lat wstecz. Jest/bywa rzadziej niż kilka lat temu. Wynika to z ujednolicania skali pomiędzy krajami i służbami. Stąd zarówno w Tatrach jak i w innych górach Polski jakiś czas temu nieco stopnie "spadły" - mniej się używa tych "wysokich". Skala jest wynalzakiem Alpejskim i stosowana w komunikatach ma dawać informację dla ludzi łażących i posługujących się róznymi STOP OR Go! czy innymi Munterami :-). Stąd niestety by dawała taką samą odpowiedź w mniejszych górach ulega nieco "spłaszczeniu". Niestety jest inny wniosek również - w tej sytuacji III jest już bardzo poważnym stopniem, czego część turystów/narciarzy nie kuma. I zresztą to było takim głównym powodem dyskusji z tym, że przy IV/V nie wychodzisz :-) Po prostu kiedyś to co teraz uznajemy za III było bardziej "rozdrobnione". Zresztą problem nie tylko dotyczy Karkonoszy czy innych gór w Polsce ale także Tatr i innych mniejszych, niealpejskich gór w Europie. Cały czas są dyskusje. Nawet na tegorocznym spotkaniu Sudecko-Karpackich Służb Lawinowych będzie temat: "the description of various avalanche risk levels (with intermediate stages) for harmonization". Czyli załapiesz się na I stopień? Gratuluję. Mnie bardziej chodziło o taki kilkudniowy stricte lawinowy ale i na "jedynce" to Junior czy Tosiek na pewno wam super zajęcia zrobią. To jak będziesz w tejże (w Szklarni?) i jak spotkasz Shreka to go pozdrów od Kuby z Rabki. Pozdrowienia, Kuba
  9. KubaR

    straaaaaaaaaaaaach????

    Od co najmniej kilku lat nie było nigdzie w Polsce ogłoszonego stopnia V (chyba żeby w Tatrach przed 2005). Co do Karkonoszy to w sezonie 2005/2006 faktycznie było kilkanascie dni z IV, ale do co najmniej kilku z nich można by mieć pewne zastrzeżenia (nie ze względu na fachowość oceniających tylko pewnego dostosowywania skali do standardów). W sezonie 2006/2007 nie było w Karkonoszach ani jednego dnia z IV (3 na Babiej Górze w momencie dużego opadu w końcu stycznia). W tym sezonie 5 dni z IV w okolicy świąt w Karkonoszach, poza nimi chyba coś w Tatrach ale też pojedyncze dni. Jak się przyjrzysz definicji stopni zagrożenia, to zauważysz, że jest tam pewna "cezura" wielkości lawin i z tego powodu ciężko jest ustalić IV taką eksplicite zgodną ze skalą. Ponieważ jednak ludzie korzystają z metod określania zagrożenia bazujących na skali, robi się taki myk, że w tych mniejszych górach wyższe stopnie skali odnosi się głownie do stabilności (m in. zagrożone nachylenia) pokrywy pomijając trochę wielkość. Wystarczy, że musze oficjalny komunikat na www.gopr.pl sledzić. A kursik jakiś większy już zaliczony? Nikt nie deprecjonuje Karkonoszy. W Polsce poza Tatrami tam jest najwiecej lawin i niestety najwięcej wypadków. Tylko, w tak małych górach IV musi być rzadkością, a na rzetelną V to musiałaby być katastrofa. No to miłego dyżuru.... Kuba Użytkownik KubaR edytował ten post 24 wrzesień 2008 - 00:47 Drobne poprawki
  10. KubaR

    straaaaaaaaaaaaach????

    To i tak masz dobrze. IV to nawet w Tatrach kilka dni w roku, a poza nimi to maks 2/3 dni. V to się chyba poza jakąś nieprawdopodbną katastrofą ogłosić w Polsce nie da. Ja to zresztą niezwykle płochliwy jestem i już tak od silnej II zaczynam być niezwykle ostrożny. Zresztą sam temat strachu jest ciekawy - ja jak napisałem to płochliwy jestem. Bardzo często odczuwam, może nie strach ale pewien dyskomfort w górach czy na nartach. Natomiast regularnie się boję gdy mam kogoś pod mniej lub bardziej formalną opieką. Wtedy to miewam taką gonitwę myśli że uchachacha. Kuba
  11. No może często nie piszę, ale zimą więcej. A też filmik pokazywałem, nawet zresztą w celu wyjaśnienia o co mi technicznie chodzi :-) Zresztą na liście Jabola tyz mnie ni mo.... Kuba
  12. Niestałość precyzyjności skali (maleje wraz ze wzrostem umiejętności) Kuba
  13. Nie wiem. Mnie po prostu ta skal w jej górnej części jest bardzo dowolna. Tak ale taka definicja "trudnych warunków" to jest OK w dolnym zakresie. W górnym trudne warunki są inne. Zobacz tą skalę angielską co zapodałem - tam opis jest dość precyzyjny (jak dla mnie przynajmniej). To były przykłady, że trudne warunki moga oznaczać bardzo różne sytuacje. Tylko, że wąski żleb to może być żleb który jest na szerokość nart i generalnie pokonuje się go ześlizgiem, taki którym da się jechać obskokami i taki w którym da się ciasno kręcić. Który poeta miał na myśli? W takim pierwszym to sie inaczej nie da i mimo tego, że np. wyceniony będzie na więcej to techniczne umiejętności by nim zjechać będą niższe. Ja nie jest przeciw tej czy innej skali - podałem tylko problemy jakie sam napotkałem przy próbie samooceny. To chyba trochę zbyt daleko ale pomysl ciekawy. O to właśnie mnie zdziwiło. Kuba
  14. hej, Przez jakiś czas trochę musiałem popracować i miałem dość internetu. Zresztą jak miałem wolną chwilę to latałem w góry. Ostatnie 1.5 tygodnia byłem w Laponii w masywie Akki - prowadziłem tam taki nasz doroczny obóz skiturowy. Niestety nie pozjeżdżaliśmy dużo bo trafiliśmy na parchatą pogodę i ponawiewany śnieg. Ale tak już jest na północy, za "polem kolarnym" . Aczkolwiek parę wyjść i zjadów padło. To chyba też nie do końca tak. Według mnie te definicje w skali są nieprecyzyjne. Przykład ze żlebem już podałem - jest on dla mnie symptomatyczny bo do zjazdu wąskim żlebem nie potrzeba specjalnych umiejętności poza zeslizgiem i skretem skocznym tylko solidną psychę. Robiłem w życiu kilka "śmiertelnych" zjazdów (tzn. takich w których przy upadku najprawdopodobniej giniesz) takich jak pokazywany gdzieś tu zjazd z Jugnfrau czy z samego szczytu Koenigspitze (ich "śmiertelnośc" wynikała z warunków /twardo/ i tego, że fragmenty jedzie się po podciętym od spodu stoku). Tyle, że jakieś specjalne umiejętności nie były potrzebne, poza wspomnianą "psychą" i pewnością siebie. Wspomniałem, że klasyfikuję się na "6" bo tam jest napisane, że "wciąż jednak popełniasz błędy a bardzo trudne warunki sprawiają ci kłopoty". No i mi bardzo trudne warunki sprawiają kłopoty - tyle, że nie wiem czy to są "bardzo trudne warunki" po "skalowemu" czy po mojemu. Ostatnio miałem (na wspomnianym wyjeździe) takie 100 metrów wysokościowych gdzie bardzo sprasowany śnieg leżał warstwą jakichś 30 cm na miękkim. Wyżej, póki był sprasowany i się tylko łamał (jak taka grubsza ale kruchsza szreń) to było Ok i można było zapierdalać (czujnie). Natomiast w tych feralnych metrach był nieco nawilgnięty i stawiał w bok takie opory, że mnie dwa razy na bok delikatnie i z gracją położyło. Wydaje mi się, że cały problem wynika a) z braku precyzyjności, mieszania narciarstwa stokowego z tzw. "freerajdem". Dla tego "off-piste" jest taka dość sensowna skala którą można tu podłożyć: Off Piste Ski Ability Levels (szukać na stronie pod "Off Piste Ski Ability Levels" ) Według mnie ona precyzyjniej oddaje te pozatrasowe kryteria niż to co jest w tej o której dyskutujemy. Wiem, że ta "nasza" ma być uniwersalna ale to chyba nie do końca wyjdzie. Myślę, że należałoby wprowadzić dwie i ewentualnie jakieś kryteria ich łaczenia. Ale może za dużo się czepiam :-) Kuba
  15. Mitek, Ja to wszystko rozumiem. Tyle, że: ...nadal nie bardzo mogę się w niej ocenić. Przykładając ją literalnie to mi wychodzi ocena circa 6. Co wydaje mi się nieco mało, ale być może to "mało" wynika z megalomani jaką każdy w sobie jakoś nosi... Pozdrawiam, Kuba
  16. Hej, Witajcie po przerwie, trochę czasu nie miałem. Ja się jakoś nie mogę w tej skali odnaleźć, być może z nastawienia pozatrasowego i braku od lat nart zjazdowych. Wydaje mi się, że jest tam za dużo niejednoznaczności. Przykładowo jazda w puchu - ile tego puchu, na czym? Przecież jak o jest mało (do 30 cm) i na twardym to każdy pojedzie nawet na klepkach od beczki. Czy podobnie "w ciężkim wiosennym śniegu" - czy to jest 20 cm takiego, czy warunki w których jak nierównomiernie obciążysz narty to wjeżdżasz po jaja, a jak się wywalisz to Cię ktoś musi wykopywać? Podobnie w pozycji skali 9 jest "i dasz radę zjechać wąskim i stromym żlebem" - znam ludzi co jeździli po bardzo trudnych żlebach (w większości skrętem skocznym) i to dość swobodnie, a ich poziom techniczny nie był za wysoki (tzn. jeździli ogólnie znacznie gorzej ode mnie, a ja jakimś orłem nie jestem). Wydaje mi się, że po prostu takie skale są bardzo ogólnikowe. Kuba
  17. I to jest własnie TO! Janek - super - jak ja Ci zazdroszczę...... Co do talerzyków to te akurat są do dupy - co prawda są duże ale trójkątne i przy chodzeniu haczą o snieg. Zbieram się do wymiany na koliste (duże) lub takie 3/4 ale skleroza, lenistwo... Święte słowa. W ogóle jazda w terenie bez kijków to prawie niemożliwa jest. Często trza gwałtownie skoczyć, zwrot jakiś zrobić, jesteś zaskoczony. Jak nie masz kijów albo Ci się zpadają to nie masz z czego się odbić. Na poziomie gęstości i wilgotności. Puch to głównie taki śnieg o gęstości 30 - 60 kg/m3 i do tego suchy. Suchy - to oznacza, że po wzięciu go ręką (ubraną w rękawiczkę) się nie lepi - nie da się uformować kulki która po otwarciu rękki nie rozsypałaby się - jeżeli temperatura sniegu (nie powietrza!!) jest poniżej -1 to śnieg jest zawsze suchy. To co było widać na filmiku u mnie to już nie był puch a właśnie jeszcze świeży. Istnieje jeszcze ektremalny puch o gęstości 10 - 30 kg/m3 - polskiej nazwy na to nie ma, mówimy czasami "śnieg dziki" (ale to kalka jest z niemieckiego "wildschnee", podobnie jak angielskie "wild snow"). Raz w zyciu się na coś takiego załapałem - jedziesz w sniegu po pas a czujesz się jakby tam nic nie było, tylko cię delikatnie stabilizuje (tak jak 10-20 zwykłego puchu na twardym). Tak jeszcze wrócę do "i nie jest zsiadły (czyli cały czas musiało byc na minus)". Śnieg nie zsiada się gdy jest temperatura dodatnia (wogóle snieg fizycznie nie ma możliwości mieć temperatury >0). Za osiadanie i wiązanie śniegu odpowiada parę procesów z ktorych jednym z głownych jest tzw. przemiana redukująca (czy też stałotemperaturowa). W skrócie polega to na tym, że różne formy śniegu "redukowane" są do małych kulistych ziarenek. Proces ten działa najszybciej w okolicah 0 a im zimniej tym wolniej. Proces ten powoduje zwiększenie zwięzłości śniegu i generalnie jego stabilizację. Z jednym wyjątkiem (idlatego tak się rozpisuję). Gdy śnieg spadnie, mamy kupę puchu jest w jakiejś tam równowadze. Po jakimś czasie (w zależności od temperatury od kilku godzin do kilku dni) zaczyna się objawiać działanie tegoż metamorfizmu i snieg traci na wytrzymałości - po prostu rózne skomplikowane formy śnieżynek zaczynają się rozpadać i przestają się trzymać kupy. Po następnych godzinach/dniach już zaczyna się normalne "osiadanie". To dlatego latwiej czasami jechać dzień dwa po opadzie, ale niestety także wtedy łatwiej załapać się na "biały ekspres". Pozdrawiam, Kuba
  18. Dzięki wszytskim za słowa uznania, szczerze mówiąc to się nie spodziewałem... Z przyjemnością, tylko, że z puchem mam mniej doświadczeń - to po czym jechałem to raczej nie puch tylko świeży, taki z circa 70-100kg na m3. W puchu to mi się udaje kilka razy w roku. Co do pogadania to się sumarycznie odezwę na końcu. Co do nachylenia to na poczatku około 30 stopni dalej nieco więcej tak w granicach 35. Akurat mierzyłem klinometrem dwa dni wczesniej bo pokazywałem kursantom metody mierzenia nachylenia kijkami (to za co mnie już tu ktoś opieprzył...) natomaist co do opierania na kijku to jednak dość mocno, to trochę mniej widać bo macham łapami jak wiatrak ale to kwestia nieskrócenia kijków po podejściu (skleroza a potem lenistwo: miały circa 140 cm.) To jakby z premedytacją. Jak już pisałem to tam było mnóstwa gówna w sniegu. W wersji niezwolnionej to dokładnie słychąc udezrzenia nart o zasypane rzeczy. Wracając do pogadania o puchu i świeżym - mi sie cięzko rozmawia o technice jazdy na nartach bo tak naprawdę jeżdżę "na czuja". Miedzy innymi dlatego jak rozmawiacie, Fredo, Jan, Mitek, Oldsnowjunky to grzecznie słucham i się uczę. Tym filmikiem chciałem pokazać z jednej strony troszkę inną technikę - mniej wyporu i prędkości, a z drugiej poprzeć trochę Freda. Po prostu sprzęt tutaj jest trochę inny niż typowy do freerajdów, zwłaszcza na moje wymiary a jakoś idzie. Natomaist jak chodzi o technikę jazdy - ja mam wrażenie, że problemy z jazdą w ogóle w terenie czy innych mniej typowych dla "boiskowca" warunkach to wynikają głównie z braku czucia narty, tego co się z nią dzieje i pewnego "wiszenia" na butach. Mnie bardzo dużo dało przejście na sprzęt turowy, kiedyś nawet jeździłem w butach wspinaczkowych. Wtedy nie ma wyjścia albo stoisz na narcie albo padasz bo oprzeć się ma na czym. Te opisywane na początku wątku pady na pysk są chyba z tym związane - nawykiem mocnego pójścia w przód, nawet jak jest miękko. Drugim poważnym elementem jest psychika - znam paru narciarzy na bardzo wysokim poziomie któzy mają trudności z jazdą w lesie, na stromym czy podciętym. Jeszcze gorzej jest w nocy, ale to jest już poza głównym tematem wątku. To chyba na tyle, Kuba
  19. Hej, Podłączam się pod to co mówią szanowni przedmówcy: Mitek, Fredo, Jan i Oldssnowjunky. Zwłaszcza z pozycją zrównoważoną, czy też przewagą jeźdzca nad sprzętem. Z tym, że niestety nietylko z puchem ala i ze świeżym śniegiem bywa u nas (w Polsce) krucho. Jak dla mnie znacznie trudniejszy jest właśnie śnieg zsiadły, kóry już zaczął sie wiązać. Wtedy już nawet 30 cm może zacząć sprawiać problemy. I myślę, że wtedy tak naprawdę charakterystyka narty zaczyna pomagać (sztywność przodu, powierzchnia). Inną możliwością jest prędkość tak jak to już zostało powiedziane. Ja czasem stosuję nieco inną technikę, zwłąszcza wtedy gdy za bardzo się nie da rozpędzić (np. las) - dość szybkich skrętów, z mocnym oparciem się na kijku i jakby wyrwaniem nart nad śnieg. Wygląda to dość parszywie i siłowo ale działa. Akurat mam jeden filmik z nart i to własnie jest coś takiego: http://www.zpigichp....awy-w-lesie.wmv Warunki były takie, że kilka dni wcześniej spadło dość dużo świeżego (tak powyżej kolan), a potem przyszło lekkie ocieplenie po którym w ciągu dwóch dni śnieg siadł na ok. 30 cm (nad buta jakieś 5 cm). Dodatkowo spodem była warstwa starego z którego wystawały jakieś geologiczno-florystyczne niespodzianki chwytające za narty (nawet to miejscami słychać). Narty, zwykłe piankowe skiturowe hagany alpin (pod butem 7 cm), 177 cm długie, ja mam 182 i 86 kg + plecak ofkorz. Tak swoją drogą to raz w życiu miałem się okazję wyszaleć w puchu/świeżym kiedy byłem w Gruzji. Ponieważ aborygeni jeździli wyłącznie po trasie, wraz z kolegą poszatkowaliśmy prawie wszytskie okoliczne stoki :-) Mróz -10 i świeżego tak do pół uda. I wszytsko dla nas :-). Aż nas do roboty nie mogli zapędzić :-) Gdzieś mam slajdy jak zeskanuję to podrzucę. Kuba
  20. Thx. Raczej nie. Zresztą przedeptany był masywnie. Podchodzi się od tej strony co widać, na to takie plaskate ramię i dalej po nim. Zachodzi się za tą trapezowatą górę (Rottalhorn) i tam na Rottalsatel (niewidoczna) zostawia narty a dalej po polach snieżnych w raczkach tam i nazad. Myśmy narty wyniesli na górę i pojechali w dół. Od przełęczy można jechać tak jak widać albo na przeciwległą stronę ramienia - jest przejazd między obrywami seraków. No ja się w tamtym rejonie w zeszłym roku ewakuowałem na włoską stronę - załamanie pogody. Między innymi dlatego, że lodowiec Grenz słynie z trudnej nawigacji. Pozdrówka, Kuba
  21. A bez helikoptera i nie koniecznie dziewiczą może być? Np tu, ze szczytu: http://www.zpigichp....-2007-00103.jpg Dość szeroko ale twardo jak fix, w związku z czym każdy upadek raczej do samego dołu. Ekstrem to może nie jest ale trochę wymagał zmiany nastawienia psychicznego do rzeczywistości (a może to ja taki płochliwy jestem?). Pozdrowionka, Kuba
  22. To nie te :-) Mnie chodzi o te: http://www.e-horyzon...t=179&prod=2812 Dla Twojej narty powinny wystarczyć 110, jakby końcówki na dziób były za małe to u mnie w domu leżą nadprogramowe duże, to się mozemy wymienić. Ja w zeszłym sezonie ściągałem 120 za 130 EUR...... Problem jest tylko taki, że jak nie jesteś do sprzętu przekonany to foki się przycina do konkretnej narty i lepiej to robic na docelowej. Super. Daj znać co wymyśliłeś. Kuba
  23. To bardzo dużo wyjaśnia. Generalnie przy taliowanych nartach i stromych podejściach proste foki mają tendencję do uślizgu. Ale za to na stosunkow płaskim pognałbyś jak rakieta :-) Mieli do niedawna przecenę na bardzo fajne foki Black-diamonda w E-Horyzoncie. Też. Weź pod uwagę, że na pochylonym stoku często musisz stawiać nartę całą powierzchnią na śniegu. Im wyżej but nad nartą tym bardziej karkołomne sztuki ze satwami musisz robić. Ja bym zaczął w ogóle od prób ze sprzętem z wypozyczalni. Być może są w nich i buty. Dopasowanie butów to podstawa a przy turach cholerycznie trudna. Pozdrowionka, Kuba
  24. Hej, Tak. Pomyśl jakby Ci się chodziło w wysokich koturnach na nierównym stoku a jak w niskich sandałach :-) Ponieważ "dostałeś" głównie w stawy to obstawiam jednak niestabilność (wysokość) zestawu wiązanie+trekker. Jak ci się to chociaż trochę gibało to musiałeś wszytskim kontrować i prawdopodobnie efekt masz. Gdyby podejście było w lini spadku stoku to pewnie nic by się nie działo, ale jednak tak się słabo da. Do tego dochodzi jeszcze.... .... kwestia techniki podchodzenia. Czyli: - doboru ustawienia suportów, - długość kroku, - wykorzystania poślizgu narty wykrocznej, - suwanie nartą po śniegu, a nie podnoszenie jej, - nie napinania się w całości organizmu :-) - zakładanie śladu (należy dążyć do jak najłagodniejszego podejścia, zakosami). Razem z wadami trekkera mogło się wszytsko na się nałozyć, ze znanym Ci efektem. Może być też inny efekt - jeżeli trasa była w większych kawałkach po płaskim to wtedy twardy but Cię nie puszczał do tyłu, automatycznie robiłeś krótkie kroki a wtedy to musi boleć. Trudno mi powiedzieć. Proponuję Ci spróbować podchodzenia w innych wiązaniach czy na lżejszym sprzęcie ale nadal w butach. Są w Zakopanem wypożyczalnie, a jakbyś miał kłopot to się obróć do Rabki i coś spróbujemy znaleźć. Wtedy powinno Ci się rozjaśnić czy to kwestia butów czy reszty. Moja rada jest taka - ponieważ masz problemy z kolanami (gdzieś już o tym pisałeś) to idź w jak najlżejszy ale ciągle Freerajdowy sprzęt. Teraz nawet pojawia się taka kategoria Freerando czy Freetouring. Nie bez kozery pisałem o wyżej o Garmontach Axon a w przyszłości wiązaniach dynafita i do tego jakiejś fajnej narcie. Ja, gdybym nie mógł se wybrać narty jak dostawałem słuzbowe (i niewiele dopłacić bo "sort" byłturowy) to bym własnie poszedł w nartę typu Dynastar Legend, jakieś K2, czy cuś, lekkie wiązania i but twardy czteroklamrowy ale wciąż skiturowo/freerajdowy. Oczywiście to pieśń przyszłości ale po proponowanych testach (inne wiązania) być może jakąś strategię zakupową zrobisz :-) Kuba
  25. Według mnie właściwie każde. Wbrew pozorom wiązania rozpadają się głównie przy chodzeniu - wtedy działają na nie "dziwne" siły, chyba że mają jakieś wady konstrukcyjne. Podczas jazdy siły działają circa tak jak konstruktorzy se pomyśleli i wtedy to raczej bezpiecznik. Pancerność lub nie wiązań jest właściwie pochodną możliwości ustawień siły wypięcia. Odpowiem własnym przykładem: 86 kg, 182 cm. Często plecak, czasami duży. Okresami jazda na wyciągu i w terenie ze sprzętem typu akia, pulki, tobogan. Nie jeżdżę jakoś specjalnie ostro czy bardzo dobrze, powiedziałbym stan średni, poziomu instruktora chyba nie osiągam. W terenie się rozpędzam, dość dużo jeżdżę po lesie itp. Od 1989 na turach równolegle ze zjazdowymi, od 2000 roku nie mam nart zjazdowych, same turowe. Żużle, zwykłe tury piankowe (których zresztą najczęściej używam na wyciągu) i takie freerajdowe Dynafity FT-10 Carbon (na dobre warunki i w większe góry). Do tego w tym sezonie buty ZZero 4, przedtem Aero Freeride, a jeszcze przedtem (i teraz okresowo jak mam humor) TLT 700. We wszystkich nartach wiązania Dynafita od TriStepów, przez Comforty po Verticale FT, czyli wiązania uważane za jedne z najdelikatniejszych (a moim zdaniem akurat najmniej awaryjne i wytrzymałe). Z wiązaniami zero problemów. W przedtem i w tzw. międzyczasie używałem jeszcze różnych innych wiązań i jedyne problemy to miałem z Markerami Tour (ostrzelały mnie rozpadającym sie tyłem przy wpinaniu), takimi "wynalazkami" robionymi na przełomie lat 80-tych i 90 -tych przez klienta z Gdańska (kilka razy się rozpadły) i Silvrettami 300 (te nie miały bezpiecznika poziomego i dwa razy wyszły ze śrubami a kilka razy wyrwałem mocowanie buta z przodu jak się o coś zahaczyłem). Acha, kilka razy zdarzyło mi się po tyczkach poginać w sprzęcie turowym jak mnie naszło powspominanie młodych lat. Wydaje mi się, że akurat odporność wiązań nie jest problemem. Największą różnicą w stosunku do wiązań zjazdowych to będzie precyzja bezpiecznika (tu akurat również konstrukcja buta /podeszwa/ ma znaczenie). Pozdrawiam, Kuba
×
×
  • Dodaj nową pozycję...