Raczej o zdrowym rozsądku. 🙂 Opiszę ten pierwszy wypadek, choć może już to robiłem. Rok 1984, wracam garbuskiem z rodziną (żona + 4 letni syn + siostra lekarz) z mojej górskiej Szczawy. Niedziela, wczesne popołudnie. W miejscowości Lubomierz, blisko Szczawy, napotykam na ludzi wychodzących po mszy z kościoła. Jadę dość wolno. Po obu stronach drogi sporo ludzi. Nagle z prawej strony wyskakuje 4-letnia dziewczynka i przebiega przez drogą do babci, którą zobaczyła. Nic mogę zrobić by jej nie najechać. Skręcam w lewo i hamuję, ale i tak solidnie uderzam ją. Dostała w główkę prawym reflektorem. Pęka szybka reflektora i to zapewne ratuje ją przed poważniejszymi skutkami. Dziewczynka jest przytomna choć mocno zakrwawiona. Przyjeżdża milicja, pogotowie. Biorą mnie za badanie krwi. Czysto, choć poprzedniego dnia sporo piłem tutejszej śliwowicy. Ale młoda wątroba szybko dała sobie rade z przeróbka alkoholu. 🙂 Zabrano mi dowód.
Po kilku dniach przjeżdżam na komisariat w Mszanie Dolnej. Oddają dowód i oświadczają, że zachowałem się wzorowo w tej sytuacji. Wina dziewczynki, a raczej jej rodziców, którzy nie dopilnowali dziecka. Owiedzam rodziców dziewczynki. Wszystko OK. Został niewielki guz na czole.
A dlaczego sądzę, że moja wina była całkiem spora? Napisałem, że jechałem wolno. Może 40km/h. Na pewno poniżej przepisowej 50. Tyle że w tej sytuacji, gdy jadę w szpalerze ludzi, powinienem jechać 10, no może 20 km/h. Nie więcej!