Opiszę mój (nasz fart w niefarcie). 🙂 Wybraliśmy się z żoną rowerami do Ojcowa a ściśle do pobliskiej Doliny Prądnika. Ok. 20 km od Krakowa. Wtedy, a było to jakiś 16-17 lat temu, z Krakowa można było tam dojechać fajną terenową ścieżką, którą dziś "zabiła" cywilizacja. Prócz nas, też rowerami, niezależnie od nas wybrał się syn wraz z niedawno poznaną dziewczyną. Przyjechała aż z Gdańska. Pożyczyliśmy jej stary rower żony i oni też pojechali do Ojcowa. Tam spotkaliśmy się i... okazało się, że tylna dętka w rowerze dziewczyny padła. Pompkę mieliśmy, ale ani zapasowej dętki ani łatek. Co robić, jak wrócić te ponad 20 km? I wtedy przyszły teść, czyli ja, bo dziewczyna wkrótce zostnie żoną syna, wpadł na genialy pomysł. Wyjąłem uszkodzona dętkę, napchałem do opony trawy, poupychałem jej ile i gdzie się dało i voila. Dziewczyna wróciła do Krakowa bez wiekszych przeszkód. I pomyślałem sobie, że, kto wie, to może mój pomysł i jego świetna realizacja 🙂 sprawiły, że dziewczyna zdecydowała się dalsza znajomość z synem. 🙂 Skoro ma takiego ojca to może on sam też dobrze rokuje - pomyślała sobie. 🙂