Godzina i 20 minut lot z Poznania, nawet nie zdążyłam wypić kawy.
Miałam de facto 3 dni, jeden wieczór i jeden poranek, więc Istrię ledwo liznęłam. Pula, oprócz śladów rzymskiego panowania i pocztówkowych zdjęć, pokazała mi niczym niezmącone życie mieszkańców, to nie jest zatłoczone od turystów miasto. Czyste, choć śmietników co kot napłakał. Bez korków, kolejek, przeciskania. Mnóstwo wąskich, jednokierunkowych uliczek, schodów, schodów i znowu schodów, kamieniczek z piaskowca, kolorowych okiennic i czerwonych dachówek, małych piekarń i warzywniaków oraz poutykanych „naszych społemów”. Spacer wieczorową porą fajny, niefajne ceny za cokolwiek.
Kamenjak Premantura - półwysep z mnóstwem zatoczek, plaże od żwirowych porośniętych sosnami alpejskimi, po klifowe, tarasowe, gołe jak to ujął Jan. Generalnie ludzi nie wiele, wyjątkiem była plaża Mala Kolumbarica, tam spotykali się fani skoków do wody i snurkowie.
W zasadzie snurkować można wszędzie, i wszędzie coś się rusza i żyje. Ale tam było najwięcej ryb. Półwysep rowerem stoi, specjalne dedykowane szlaki mtb i turystyczne. Mapka w gratisie przy wypożyczeniu roweru mtb za jedyne 20 jurków na cały dzień za sztukę.
Jadaliśmy w ichniejszych Konobach, dużo taniej niż w restauracjach, świeżutkie ryby i mule, swojskie i pyszne żarcie, a i swojskie popitki w gratisie były - śliwowica co mocno kopała i likier gruszkowy. 20-25 € na nas dwoje i pełne brzuchy. Ostatni poranek to Gradska tržnica Pula - figi i winogrono od babcinki ze straganu, miody z szałwi, rozmarynu i kasztanowca, istrijska oliwa - to taki must have - i w drogę powrotną.
Nie odmówiliśmy sobie też wizyty w Wenecji. To takie większe w okół komina.
Reasumując - jak będzie opcja, to chętnie do Chorwacji polecę, podobało mi się, a chorwacką drożyznę można w dużej części sprytnie obejść.