-
Liczba zawartości
6 315 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
235
Zawartość dodana przez Marcos73
-
Paweł, zapomniałeś napisać, jak biały zaczął ich kolonizować, wykorzystując do cna. Belgowie wymordowali ok 5-10 mln Kongijczyków dla swoich korzyści. Z oszczędności amunicji, obcinali im ręce na dowód, że jej nie marnują wszystkim jak leci nawet dzieciom. Jak nie wypełnili norm kauczukowych palili całe wioski i mordowali wszystkich. Poczytaj o krwawych rządach Belgów w Kongo. Wówczas cywilizacyjnie byliśmy ok? Kraje same sobie nawarzyły piwa i teraz trzeba je wypić. Oczywiście, zgadzam się o odmienności zwyczajowo-kulturowej oraz problemami z asymilacją. Mnie też to osobiście przeszkadza. Ale Polska jeszcze jest dość hermetycznym krajem i póki co to ten problem jest u nas widoczny w małym stopniu. pozdro
-
Rossignol master lt r22, Elan scx i gsx plate, fischer Gs
Marcos73 odpowiedział Bruner79 → na temat → Sprzęt narciarski
Kozackie narciochy. pozdro -
Janek - może źle się wyraziłem, bo wyraźnie napisałem o ciężkiej pracy Niemców, ale powinienem użyć sformułowania a także przy pomocy auslanderów i gastarbaiterów. Pracowałem w Niemczech 6 lat z rzędu po 3 miesiące w roku wyrabiając 100h i więcej tygodniowo bez dnia przerwy za najniższą wówczas stawkę 5,5 marki/h (ogórki rosną także w weekendy). W całym gospodarstwie pracowało takich osób jak ja 150. Nie było żadnego Niemca tylko gastarbeiterzy. Spaliśmy w ogromnej szopie na łóżka piętrowych - wojskowych. Miał zatrudnione 3 stare Niemki na stałe do lekkich prac. Co poniedziałek przychodził jakiś caban z arbaitsamtu do pracy po czym rezygnował. Dostawał dla nas kosmiczne 10 marek/h. Takich osób były setki tysięcy z krajów postkomunistycznych. U nas pracowali Polacy, Słowacy i Bułgarzy. Czesi też byli. Część przyjeżdżała na wizy studenckie, a część na wizy pracownicze (głównie Słowacy). Tak de facto, jakby policzyć, to z 5 lat tam przepracowałem za te 18 miesięcy - licząc pracę jak normalny człowiek 40h/tydzień. Wiec nie gadaj, że gospodarka niemiecka z tego nie korzystała. A Turasy to skąd się wzięły w Niemczech. Tak samo w latach cudu gospodarczego zaczęli ich przyjmować, jako gastarbiterów do pracy za psie pieniądze budując tym sposobem swoją potężną gospodarkę. Ja osobiście się cieszę, że to przeżyłem na studiach, bo po takich doświadczeniach, żadna praca nie jest trudna, wręcz wspominając tamte czasy jest dziecinnie łatwa. Oczywiście przy naszych zarobkach, zarabiało się kokosy. Po tych 3 miesiącach można było 9-mc w PL żyć bezproblemowo. Za drugim razem jak byłem, zostałem szefem pola i zarabiałem jako jeden z 3 osób 10 marek/h mając godzin abstrakcyjne ilości w tygodniu. Bywało że 168 w tygodniu, bo po pracy woziłem ogóry do skupu traktorem. Po powrocie do PL w akademiku byłem Królem. Stać mnie było na wszystko. Ale to była bardzo ciężka praca, monotonna, a że maszynowa nie dało się tam opierdalać. Wiele osób wymiękało, szczególnie tych .... ze wsi, którzy teoretycznie powinni mieć pojęcie o pracy w rolnictwie. No tam był hardcore. pozdro
-
To że jesteśmy największym odbiorcą funduszy unijnych (mniej wpłacamy niż bierzemy) to jest oczywiste, bo jesteśmy największym postkomunistycznym krajem. Przecież niemcy nie zbudowali swojej gospodarki tylko na swojej ciężkiej pracy tylko na auslanderach. Napisałem obopólna korzyść, tania siła robocza w zamian za dopłaty. Jesteśmy tylko montownią krajów wyżej rozwiniętych gospodarczo. Netto bierzemy mniej niż wysoko rozwinięta Belgia/per osoba, bo jest nas 3x więcej, a jeśli chodzi o dotacje infrastrukturalne vs Belgia to dostajemy gówno - bo jesteśmy 10x więksi niż oni. Wykres jasno wskazuje kto jest liderem w EU i dlaczego przewodzi. pozdro
-
Ale w czym? pozdro
-
Oczywiście że związek z unią miał obopólne korzyści, w zamian za tania siłę roboczą, pompowali w nasz rozwój. Pragmatyzm. Eko sztandary musza być, bo musi być jakiś cel nadrzędny zmian. Nie wiem czy to nietrafione motto, ale niestety my nie jesteśmy Chinami. Tam się realizuje bez względu na środki i koszt społeczne. Jest potrzeba wysiedlić 10 tys. osób, to się wysiedla i nikt nikogo się nie pyta, a u nas drogi rowerowej nie zbudujesz, bez referendum i ogólnego akceptu społecznego. A czemu idzie to tak powoli wszystko, bo nikt nie potrafi uczciwie powiedzieć, żeby było lepiej, przez chwilę będzie źle. Trzeba ukrócić wszystkie gratisy i niepotrzebne wydatki, a nie obiecywać nowe lizaki i cukierki wyborcom. Widocznie musimy upaść na dno, aby to zrozumieć. Temat założyłem, z uwagi na bzdurną narrację w necie, nawet nie chce mi się z tym walczyć, próbowałem. Efekt - nikt nie podejmuje dyskusji, nawet moje komentarze są wręcz usuwane, bo nikt do tego nie potrafi się odnieść jakąkolwiek argumentacją. Temat paliwa jest obecnie popularny, że pół Polski go śledzi, a może 0,5% ma jakąś w tej materii wiedzę. Pomijam wypowiedzi polityków, którzy ogóle nie wiedzą o czym mówią. pozdro
-
Cze Małżeństwo z UE było po części z rozsądku a głównie dla pieniędzy. Wpompowali w naszą gospodarkę i infrastrukturę miliardy. W obecnej sytuacji geopolitycznej to strzał w kolano dzielić się zamiast łączyć. Przewodnictwo mają największe gospodarki eu, nie wiem czemu się temu dziwić. Wyznaczają kierunek zmian wspólnie z innymi krajami członkowskimi, bo wyjścia innego nie ma. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Żałuję, że w okresie prosperity nie weszliśmy w strefę Euro, bo oczywiście byłoby to kosztowne, ale mielibyśmy stabilną walutę, bez możliwości jej spekulacji. Ile ta odmienność stwarza problemów, zarówno w gospodarce jaki w normalnym życiu. Trzeba trzymać się razem, bo tylko w tej jedności stanowimy siłę. Mamy we krwi zapędy wolnościowe, ale nikt nas nie ciemięży przecież. Pozdro
-
ok, myślałem, że to zaprzeczenie, że taki model nie może funkcjonować w PL, tylko w kraja wyżej rozwiniętych socjalnie i gospodarczo. pozdro
-
Nie Piotrek Dobrze płatna praca jest trochę obwarowana ustaleniami. Jest ekipa specjalistów, robią prace specjalistyczne. To praca wyjazdowa i praktycznie wszystko w weekend. Nie ma zastępstw, chorobowych itp. Pełna dyspozycyjność. Urlopy dłuższe dużo wcześniej ustalane i w okresach o mniejszym obłożeniu. Płaca za robotę właścicielowi, niezależnie od ilości godzin. Czasami jadą na 8-12 godzin i to wszystko. Pensje mają stałe - wysokie. Oczywiście, żarcie, hotele i przejazdy w cenie. U mnie jest podobnie. Czasami grubsze roboty remontowe w maszynie robi się w niedziele, kiedy nie pracują. Ale to kosztuje ekstra, ale i tak się nam opłaca, niż wyłączenie w tygodniu po normalnych stawkach za usługę serwisową. Na początku swojej zawodowej kariery tak właśnie pracowałem, głównie w weekend, bo imprezy odbywały się w weekend, ale płacili wówczas zajebiście, czyli - jak dzisiaj średnia np 5 klocków, ja zarabiałem 12-13. Ale coś za coś. W sezonie córkę widziałem 2 dni w tygodniu. Tak naprawdę płacili za nieobecność w domu, nie de facto za pracę. pozdro
-
Damian, oczywiście że się da. Mój kumpel podobnie pracuje, czyszczą i remontują piece przemysłowe - ogromne. Stawka jest kosmiczna godzinowa, ale zwykle podobnie jak Paweł, robią w weekendy. Koszt przestoju firmy jest tak ogromny, że wyłączenie jest stratą, płaca każde pieniądze, aby ponownie je uruchomić do produkcji. Zwykle to jest w weekend, gdzie jest mniej ludzi w zakładzie. pozdro
-
Cze Apropos dzisiejszych egzaminów na prawo jazdy. Miałem w środę na B+E. Kurwa kosmos. 2h trwał, sama jazda. Zdałem, ale nie obyło się bez scysji już po z egzaminatorem. Trochę mi puściły lejce. Ale szczegóły w Zwardoniu przy piwie opowiem. pozdro
-
Mario, to jesteś usprawiedliwiony, bo pewnie jechał bez świateł cymbał jeden i sobie przypomniał o nich jak do Ciebie dojechał. Nie miałeś prawa go zobaczyć. pozdro
-
Cze Film Bartka, w mojej ocenie zasługuje na pochwałę, bo jako jeden z nielicznych pokazuje to, co tak naprawdę dają szkolenia. Nie ma tutaj fajerwerków, tylko poprawa płynności jazdy. Podobny film wrzucił Tadeo, ale tam w dużo dłuższej perspektywie czasowo szkoleniowej, stąd dużo bardziej spektakularny postęp. Tutaj obraz rzetelny co po tygodniu na śniegu można osiągnąć w zależności od punktu wyjścia. pozdro
-
Nie, Damiano, nikt do jego pracy nie dokłada. Popyt-podaż, to kształtuje cenę. Analogia z paliwem, skoro transporty są zaburzone, podaż jest niższa od popytu, to cena jest wysoka. Jeśli chętnych do pracy w weekend byłoby dużo nikt by Pawłowi tyle nie płacił, proste, a że ich nie ma, to na tym zarabia i to dobrze. @Victor apropos cen paliw, to nie wina Europy, bo ceny kształtuje ARA, a o ile się orientuję, to Antwerpia leży w Belgii. To Wy do spółki z Holandią odpowiadacie za ceny paliwa w całej Europie. Więc pisz do swojego rządu, bo Parlament Europejski za to nie odpowiada. Wasze kraje to kraje przetwórcze, więc rolnictwo wam nie jest potrzebne, skoro wszystko możecie sprowadzić i we własnym zakresie przetworzyć. Co też robicie. A to że macie rozbudowany socjal, kraj mlekiem i miodem płynący to zasługa Twojego rządu, a nie UE. Transformacja energetyczna w UE jest konieczna, bo nigdy nie będziemy w stanie zaspokoić swoich potrzeb we własnym zakresie, teraz jest doskonały przykład, jak mocno to nas dotyka. pozdro. ps. Przeprowadź się do Tajlandii to zobaczysz ile paliwa kupisz za miesięczną pensję. O 2 dniach pracy w tygodniu to raczej możesz zapomnieć, nie wiem czy 6 wystarczy żeby jakoś żyć.
-
Ale jeszcze nadal jeżdżą na nartach jak roboty😉. pozdro
-
Też tak myślę, sytem u nich działa, ale tworzy takie robotyczne społeczeństwo bez jakichkolwiek więzi. Tylko jeść, pić, robić i spać. pozdro
-
Karol - proszę cię, nie pierdol, jak się na tym nie znasz. Żebyś trochę liznął wiedzy, a nie wietrzył teorii spiskowych, może ja, jako z wykształcenia wiertnik .... naftowy rozjaśnię Ci nieco w tej pustej pale. Otóż ARA to Amsterdam Rotterdam i Antwerpia, Holendersko/Belgijski mix przetwórczy i łącznik europy ze światem. Holendrzy + Belgowie to kraje zajmujące się głównie przetwórstwem i w przypadku paliw płynnych jest nie inaczej. To oni ustalają ceny paliwa na europejskiej giełdzie, btw. Holandia jako jeden z nielicznych krajów który jest w stanie zaspokoić swoje potrzeby w paliwa bez importu z zewnątrz, oprócz tego Niemcy oraz Hiszpania. Nigdzie tego nie wożą, bo wszystko jest usytuowane w pobliżu portów. Amsterdam może obsługiwać supertankowce wszystkie - nawet te największe na świecie. Jako ze jesteśmy w unii i tak czy siak musimy importować gotowe paliwo, to cena w całej unii nie może zbytnio odbiegać od siebie. I tez tak jest, to zapobiega spekulacjom paliwem w unii. Ceny w PL na stacjach są bardzo podobne, są kosmetyczne różnice, ale nikt nie będzie woził paliwa z Krakowa do Warszawy bo jest 5 groszy tańsze. Jest taki wskaźnik Nielsena określający nowoczesność instalacji rafinerii i możliwości przetwórcze. Instalacja w Amsterdamie, to ogromna rafineria o ogromnych mocach przerobowych ale o niskim wskaźniku Nielsena (chyba 6,5), czyli wsadowo musi mieć dość dobra ropę brent, a wyjściowo nie potrafi przerobić i ma straty na paliwa wysokomarżowe, więcej zostaje mniej opłacalnych odpadów, stąd wyższe ceny gotowego paliwa na notowaniach giełdowych. Ale to królowie przerobu półproduktów na wyroby gotowe. Giełda jest notowana w dolarach, bo w takiej walucie jest kupowany półprodukt, czyli ropa brent. Na czym polega fenomen Orlenu i jego gigantyczne zyski które są nieomal takie same chociaż mamy mniejsze instalacje od Holendrów? Otóż mamy jedne z najnowocześniejszych instalacji w Europie. Średni wskaźnik w grupie Orlen jest na poziomie 10, a rafineria nad morzem ma 11,5. Amerykańska średnia to 9,5. Najnowocześniejsza instalacja jest w indiach i ma kosmiczny wskaźnik blisko 22. Obrazowo, Holandia kupuje dość dobrej jakości ropę i przerabia to na paliwa, my kupujemy od ropy jaką kupują holendrzy po fryturę i robimy z tego paliwa z mniejszym niż Holendrzy niskobudżetowym odpadem, a hindusi przerabiają wszystkie gówna z kanałów i Gangesu robiąc z tego paliwo lotnicze. Poniał? Ja się cieszę, że Orlen urasta do roli lidera, ciesze się że dysponuje ogromnymi środkami na rozwój (co tez robi), cieszę się że mamy w tym udziały i gro środków z zysku spółki trafia do budżetu państwa. Niemcy wszystkie swoje rafinerie oddali kapitałowi zagranicznemu, który powoli się zwija, odcinają tylko kupony z należnych opłat i tyle. Ale oczywiście przezornie wprowadzili już dawno podatek od nadmiarowych zysków w wysokości 33%. W PL ON na stacjach jest poniżej cennika hurtowego Orlenu, natomiast Pb jest stosunkowo droga. Ale Orlen nie może obniżyć ceny PB, bo utopi importerów gotowych paliw, którzy straty na ON odrabiają na PB. A bez nich będziemy w dupie. Problemem jest oparcie gospodarki na ON w europie, zużywamy 3x więcej ON niż PB. I choćbyśmy się zesrali wszyscy do kupy w całej Unii, to nie jesteśmy w stanie zaspokoić swoich potrzeb w ON, a wynika to z proporcji po rafinacji. Cierpimy na pernamentny niedobór ON, a możemy się utopić w PB. W wyniku rafinacji 1 l ropy wychodzi 0,5l PB, 0,25 l ON + opałówki (dlatego w zimie jest gorzej), 0,15 paliwa lotniczego, reszta to oleje ciężkie, smary etc. Bez holendrów bylibyśmy w dupie, bo cała nadwyżkę PB wysyłają w świat (głównie USA), a i do nich przypływa gotowy ON. pozdro
-
Piotrek Wartość mieszkania i oczekiwania oferenta, to jedno, a wartość księgowa wg. prawa - to drugie. Starego mieszkania w Japonii bank ci nie skredytuje w całości, tylko w kwocie jaką ma wartość wg. tamtejszego prawa. Tam nie ma wyceny jak u nas. Tam się tak nie wycenia mieszkań, z punktu widzenia prawa. A banki działają w oparciu o tamtejsze prawo. Jeżeli mieszkanie ma 40 lat - to jego wartość wg banku jest szczątkowa księgowo, niezależnie od stanu technicznego całości. Dlatego też, trudno się sprzedaje stare mieszkania, bo trzeba dysponować sporą gotówką, albo brać kredyt konsumpcyjny, który jest dużo droższy od hipotecznego. Ze względu na położenie geograficzne i charakterystykę ukształtowania Japonii, w ich przypadku musi być taki system, żeby zwalniać i burzyć stare obiekty i zastępować ich nowymi, lepszymi, większymi. Japonia ma 3x więcej mieszkańców niż my, jest tylko 20% większa, ale to kraj górzysty, gdzie 70% jest zalesiona. Mają dostępne 20% swojego obszaru na budownictwo wszelakie. Budują najbardziej zaawansowane technologicznie wieżowce. Zobacz sobie na zdjęcia nieczynnej kopalni węgla na wyspie Hashima. Są mistrzami zagospodarowania terenu. Tylko musza to robić z głową, stąd takie, a nie inne prawo. Ich mental jest zupełnie inny niż nasz. Ceny mieszkań w PL. Oczywiście są abstrakcyjne, ale nasi miłościwie panujący nie mają pojęcia co z tym zrobić. Z jednej strony budowlanka, to ważna gałąź naszej gospodarki, z drugiej strony jest patologia kupowania mieszkań jako lokaty kapitału. Ale jestem przeciwnikiem jakichkolwiek zmian siłowych. Załóżmy - masz drogę lokalną mocno obciążoną ruchem. Aby ludzi skłonić do jej opuszczenia, trzeba wybudować S-kę nieopodal, albo autostradę, a nie napierdolić znaków, hopek, fotoradarów i policjantów w krzakach. Dać ludziom wybór. Jedynym logicznym rozwiązaniem, jest budowa przez miasta przy pomocy państwa tanich mieszkań na krótkoterminowy wynajem, bez możliwości przedłużenia. Za tym muszą iść kredyty hipoteczne niskooprocentowane oferowane przez banki, oczywiście bez żadnego wsparcia przez państwo, bo to tworzy patologię. Już o tym pisałem. Ale to długofalowy program i trzeba to robić z głową, przede wszystkim w pierwszej kolejności musi mieć za zadanie wyhamowanie wzrostu wartości mieszkań. Dopiero długoterminowo można się pokusić o ich przeceniania do jakiejś przyswajalnej wartości. No i przede wszystkim zmiana mentalna, że wynajmowanie długoterminowe, to też jest jakaś opcja. Ale ceny wynajmu musza być przystępne. pozdro
-
Jurek, a Ty myślisz, że jeździsz jako inaczej niż oni? pozdro
-
1). Skoro tak twierdzisz, to nie mam pojęcia po kiego grzyba kupowałeś mieszkanie? Trzeba było wynająć, jak to jest w Japonii. 2). Nie na papierze, tylko w rzeczywistości, w JPN na dzień dzisiejszy jest ok 10 mln. opuszczonych domów/mieszkań. Nikt tego nie chce. A jeśli nawet, to zakup gotówkowy, bo dom jest bezwartościowy. Zięć z córką są zafascynowani Japonią, byli już tam 3x. Mieli nawet pomysł na przeprowadzkę podjarani niskimi cenami domów. Ze względu na niż demograficzny (w Japonii od kilkunastu lat 3x więcej umiera ludzi niż się ich rodzi, bo się społeczeństwo zestarzało i wynosi się do metropolii), dużo bardziej przychylnie rząd japoński patrzy na rezydentów. I tak, zakup starego domu na przedmieściach. Japończycy, podobnie jak my, kredytują swoje domy, biorą kredyty praktycznie dożywotnie (niskooprocentowane). Dom w dobrym stanie pod miastem. Sprzedający krzyczy 30 mln jenów, bo dom jest w dobrym stanie wizualnym. Prawo Japońskie vs banki. Bierzesz papiery i idziesz do banku. Bank sprawdza średnią cenę gruntu w prefekturze, wiek domu i mówi Ci że dostaniesz 12 mln kredytu. Banku nie interesuje stan domu, tylko wiek. Ty jako kupujący - negocjacja ceny, jeśli chcesz kupić. Dokument stwierdzający rok budowy, dokument o ostatniej ochronie antykornikowej (bo większość domów jest drewniana), dokument o klasie sejsmicznej oraz książkę remontowa domu, do której musi być wszystko wpisane, nawet malowanie, nie mówiąc już o innych grubszych remontach. Potem ekspert - który bada całość pod względem przydatności i poprawności wykonania wg książki remontowej. Możesz tam zrobić remont kapitalny, z punktu prawa japońskiego jest on nie istotny, jak i zasad bankowych, ważny jest dokument stwierdzający pierwotny rok budowy. To wynajem długoterminowy opłacany z góry. Finalnie, nie ważne ile zainwestowałeś, jakąś wartość przedstawia tylko grunt i to jest wadium na poczet wynajmu, które w zależności od położenia może nieznacznie wzrosnąć. Natomiast sam budynek nie stanowi żadnej wartości i dostajesz go niejako w gratisie. Budynki ze starymi normami sejsmicznymi - sprzed 81 roku są tylko do wyburzenia. A i nawet jeśli chcesz postawić nowy, to musisz to zrobić w tym samym roku kalendarzowym co wyburzenie starego, bo Ci dojebią pełny podatek za niezagospodarowanie terenu (a tak płacisz 1/6). Tam nie ma, że coś stoi, tylko musisz mieć do tego dokument urzędowy poświadczający ukończenie budowy. Podobnie z wyburzeniem. To co Tobie wydaje się kolorowe, w rzeczywistości takie nie jest. Dlatego młodzi nie przejmują nieruchomosci po rodzicach, bo im się najnormalniej nie opłaca tego robić, bo generują tylko koszty, a sprzedać się tego nie da. Bloki w miastach. Sytuacja podobna, tylko okres amortyzacji dłuższy - 47 lat z nowymi normami sejsmicznymi. A więc kupujesz w mieście, kredytowanie analogiczne jak w przypadku domów jednorodzinnych, ale utrata wartości niższa. Ale po tym czasie dochodzi do sytuacji, gdzie o ile są chętni na wynajem lub są lokatorzy, którzy płaca czynsz, to budynek funkcjonuje, ale w pewnym momencie koszty utrzymania są tak duże, że najem nie pokrywa tych kosztów, szczególnie w starych budynkach, że sprzedaje się te bloki za cenę gruntu (a w miastach jest kosmiczna), ale ze względu na sposób i normy budowlane, udział w gruncie jest mały. Żaden inwestor nie kupuje takiego obiektu do remontu, tylko aby go zburzyć i postawić nowy i dać mu życie na kolejne 50 lat. Tu sejsmika odgrywa dużą rolę w całym tym pomyśle na budownictwo w Japonii. Bardzo mocno rosną opłaty remontowe w takich budynkach. Następną rzeczą, to bardzo korzystne prawo własnościowe, niepłacących bardzo trudno pociągnąć do odpowiedzialności. Prawo bardzo dobrze ich chroni. Kolejnym problemem są pustostany bez włascicieli w starych blokach. Utrzymanie jest przerzucane, na tych co płacą. Więc decyzja o zakupie, jest zwykle decyzją na całe życie, a im później tym gorzej podjąć jakąś decyzję o zmianie. Jedynie co to rekompensuje nieznacznie to podatek od nieruchomości, po okresie amortyzacji płaci się podatek praktycznie tylko od gruntu, ale to małe pocieszenie. Mnie bardziej podoba się model europejski, ale różnica w naszych poglądach jest zasadnicza. Ja jak większość z nas ma rodziny, dzieci, wnuki i myśli o tym co pozostawi po sobie. Coś co pomoże przyszłym swoim pokoleniom w życiu. Nasze wysiłki nie przechodzą bez echa. Pozostawiamy trwały ślad, choćby materialny. pozdro
-
No ciekawe jak ich dzieci będą jeździć?
-
Piotrek, trzeba zrozumieć mechanizmy. W PL dom/mieszkanie jest lokata kapitału, a w JPN dobrem konsumpcyjnym. W JPN dom po 22 latach jest nic nie wart. Jego wartość jest równa zero. W miastach w budynkach betonowych po 47 latach osiąga amortyzację i także jego wartość wynosi 0. Jedynie grunty są coś warte, ale jest inne prawo budowlane niż w PL. Wg. naszych standardów, to patodewloperka. Ponadto wraz ze starzeniem się mieszkania, nie dość że traci na wartości i dąży do zera to koszty użytkowania drastycznie rosną. Ceny gruntów w Osace są horendalne, ale budując 20-piętrowce z mikro mieszkaniami (czego w PL się praktycznie nie da zrobić), możesz wynająć mieszkanie taniej. Koszty obsługi są wysokie i lepiej je komuś wynająć niż za to płacić. Te koszty rosną z roku na rok, a mieszkanie traci na wartości. Druga rzecz - praca. Tam panuje system lojalnościowy. Czyli podejmując pracę, dostajesz 10 dni urlopu po 0,5 roku ciągłej pracy, a 20 dni po 6,5 roku. Podwyżki zależą od stażu, nie od umiejętności. Brak L4. Jak jesteś chory, to bierzesz urlop. Jak zmienisz pracę, to się resetuje wszystko, tracisz wypracowany staż w poprzedniej firmie oraz urlop. Zaczynasz od zera. Czyli najniższa pensja i 10 dni po 0,5 roku ciągłej pracy. Kupując nowe mieszkanie dostajesz na dzień dobry wysoką opłatę wstępną + na dzień dobry z 20% tracisz z wartości mieszkania. Z czasem kosztuje Cie coraz więcej, jego wartość spada. Czyli tak de facto, nie kupujesz, a raczej wynajmujesz całe życie mieszkanie. Tylko za ten wynajem płacisz z góry. Czyli po 50 latach dostajesz 1/500 wartości gruntu na którym stoi. Wartość mieszkania jest zerowa. Japonia mocno tego pilnuje. Czyli w PL, kupujesz dom w którym wychowujesz dzieci, a na emeryturze dochodzisz do wniosku, ze mieszkanie w Bloku Ci wystarczy, sprzedajesz dom, kupujesz mieszkanie i jeszcze Ci coś z tego zostanie. W Japonii, kupujesz dom, po czym sprzedajesz za cenę wartości gruntu i znowu musisz kupić mieszkanie, albo do końca życia cos wynajmować, lub do końca życia mieszkać w domu. Porzucone domy pod miastem w Japonii to standard, bo są gówno warte. Lepiej jak stoją, bo są niższe podatki, za zagospodarowaną przestrzeń. pozdro
-
Mario Napisałem, że coś się zmieniły, bo tak jest. Można to nazwać korektą inflacyjną, ale to realne wpływy do budżetu. W zeszłym roku, te 20 groszy to 6mld więcej w budżecie. Bo w PL sprzedano 30 mld litrów paliwa. pozdro
-
Piotrek, czego ty nie rozumiesz? Kup sobie z kumplem (akcjonariusze) mieszkanie na wynajem, i przyjdzie pewnego dnia i Ci powie, że siostrzenica (przeciętni Kowalscy) chce go wynająć za pół ceny. To co mu powiesz? Ja bym mu powiedział spierdalaj, a jak chcesz za pół ceny wynajmować to oddaj kasę (100mld - tyle są warte akcje akcjonariuszy) i możesz jej nawet do tego dopłacać. Rząd ma niecałe 50% udziałów. pozdro
-
Andrzeju, o ile podatek od nadmiarowych zysków powinien już być dawno wprowadzony na stałe, ale nie może działać wstecz - jak każde prawo. Więc "weto" Prezydenta w pełni zasadne. Nie chodzi w tym aby ograniczać firmę i jej nadzwyczajne zyski w takiej zawierusze, ale aby odzyskać część pieniędzy na jakieś cele nadrzędne. Projekt prezydencki - cóż aby cokolwiek uszczknąć z planowanych wpływów, trzeba mieć jakieś wolne środki, a tych nie ma wcale. PiS tak robił, bo tworzył firmy krzaki (np. PFR) i zadłużał państwo poza budżetem. Obecna władza stara się tego nie robić, bo mamy masę rozproszonych długów poza budżetem, które trzeba płacić - jakoś. Marża - projekt dotyczy tzw. premii lądowej, czyli składowej ceny hurtowej sprzedaży, a ta była bardzo wysoka, ponieważ są problemy z transportem. Ale jest 1 szczegół, o ile Orlen sobie poradzi, bo jest jedynym w PL producentem i zarabia na przerobie, to inne podmioty jak choćby Unimot (Unimot tylko importuje i sprzedaje oraz eksportuje gotowe produkty) mogą się w takiej sytuacji zwinąć - co oznacza ogromne niedobory paliwa na rynku. Otóż w 2022, jak wybuchła wojna, Orlen ściął marże detaliczne do zera i taki Unimot mając sieć własnych stacji, sprzedawał paliwo poniżej kosztów zakupu. Musiał się dostosować do ceny ustanowionej przez Orlen - aby zapobiec odpływowi klientów. Gdyby nie premia lądowa i export do Ukrainy, byłoby słabo, a nawet bardzo - bo ta zwykle w takich sytuacjach jest podwyższona. Pokrywał straty krajowe z zysków na exporcie. Więc cena paliwa w hurcie to cena paliwa na rynku ARA powiększona o premię lądową (marża importowa) i nic nie ma wspólnego z cena ropy brent na świecie. Jak ktoś to łączy w naszym obszarze z ceną paliwa w hurcie, znaczy się nie ma o tym zielonego pojęcia. pozdro
