Jump to content

Dany de Vino

Members
  • Posts

    1,121
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Everything posted by Dany de Vino

  1. Nie, nie o to. To jest przednia część wiązań trzymająca przód buta (popularnie nazywana "szczękami"), a ten zaczep z boku narty to na linkę w razie potrzeby (na ogół zjazdu) stabilizujący buta. Pytałem o krawędź, to jest taki rodzaj "listewki" metalowej, wtedy na ogół przykręcanych malutkimi śrubkami do spodu nart przy ich krawędziach. One ułatwiały (i wciąż ułatwiają) "trzymanie" toru jazdy (nieobsuwanie się nart na wyślizganym podłożu, a zwłaszcza na lodzie). Kolega mario33 wkleił ci tam link do historii wiązań. Tam znajdziesz w miarę dokładną datę od której zaczęto stosować metalowe krawędzie. Te narty które masz najwyraźniej nie mają jeszcze metalowych krawędzi, więc mogą być z poprzedniego okresu, albo po prostu tańsze egzemplarze, czemu z kolei przeczyć może nr. wyciśnięty na narcie. To tyle co mogę wydedukować z fotki, ale może któryś z kolegów będzie potrafił zobaczyć coś więcej niż ja. Sam jestem ciekaw.
  2. Zgadza się. Miałem podobne na nogach i to już był postęp (ten rodzaj sprężyny jako wiązań) . Poprzednie wiązania były tylko z rzemiennych pasków ze spinającą je z tyłu buta klamrą metalową. Czy te narty mają już przykręcane śrubkami metalowe krawędzie?
  3. ...no, można się zniechęcić do polskich i słowackich stoków. Ja już odpuściłem. Zresztą mam za daleko na takie ichnie zabawy. Jak kiedyś powiedział pewien ekscentryk imieniem Caligula: "Człowiek wszystko zniesie, ...ale chce żeby go traktować poważnie."
  4. Wszyscy to bierzemy. Ale za to mamy super Rząd i to się jakoś równoważy... 🙂
  5. Nie kupisz karnetu, to pewne. Hotel też odpada. Może prywatne kwatery cię przyjmą (nas w Italii na kwaterze nie pytali o certyfikat). Reszta jest ciągle zmienna i niepewna.
  6. Koledzy, gdzieś tu opisałem jak przebiega tego typu choroba. Jakie straszne, przerażające ryzyko podejmujecie. Naprawdę, nie polecam 🙂. Rozumiem, że macie wątpliwości ale pewności też nie macie. Nie ma pewności w obu wypadkach. Natura pokazała, że cała nasza wiara we współczesny dorobek cywilizacji to w dużym stopniu ułuda. Tupnęła i stało się... Jesteśmy w dużym stopniu bezradni. Jednak, jeśli można w jakikolwiek sposób zwiększyć swoje szanse przeżycia.... Pomyślcie. A etyka lekarska i jej praktyczne stosowanie przez lekarzy to osobny temat. Ale teraz jest epidemia niosąca śmiertelne zagrożenie - więc, ratujcie się kto może, bierzcie najmniejszą nawet szansę, jak na wojnie ...i tyle.
  7. Grabik - wpadłem na takie cuś (może będzie ci pomocne): Ski Boot Fitting 101 - How to fit Ski Boots Properly Part 1 - Bing video
  8. Spiochu, dzięki za tę charakterystykę mojego narciarstwa. 🙂 Uśmiałem się szczerze bo ...to chyba wszystko szczera prawda! Ale spróbuję się chociaż trochę poprawić. Wziąłem się za carving i spodobało mi się, więc ...czemu nie? A w konstruowaniu koła jestem już w 1/3... Ps.: jest taki rysunek Andrzeja Mleczki: troglodyta siedzi przed grotą i myśli. Wymyślił, bierze się do roboty i wychodzi mu koło. Ogląda to to ze wszystkich stron, po czym ... wyrzuca za siebie jako coś nieprzydatnego i ...myśli dalej. Nie zawsze chodzi o to "by złapać króliczka...". Pozdr.
  9. Kurczę, ale czy rzeczywiście chodzi ci o STRACH. Jest również coś takiego jak rodzaj podniecenia czymś, co jest dla nas trudnym lub bardzo trudnym wyzwaniem. Pewnie i jest w nim domieszka strachu, ale najwięcej to jest w nim ładunku adrenaliny. Robiłem w życiu trochę ryzykownych rzeczy (dorabiałem jako kaskader koński w filmach). Dużo zależy od tego czy tego wyzwania sam chcesz lub wręcz potrzebujesz i jesteś na nie wewnętrznie gotowy, czy też nie. Jeśli tak, to adrenalina cię wzmacnia. Dostajesz kopa, rodzaj dopalacza. Zmysły się wyostrzają, sprawność i wyporność całego organizmu wzrasta. Jeśli nie (tego też doświadczyłem), to strach może sparaliżować. A wtedy jest "po herbacie" i nieszczęście gotowe. Jeśli to jest to pierwsze, to to jest odwaga. Jeśli drugie i mimo to to zrobisz, to głupota i ryzykanctwo.
  10. Nie, nie, nie uraziłeś mnie, spoko. Po prostu tak zrozumiałeś moje wpisy, no problem 🙂 . Jeśli się boisz (normalne, instynktowne, samozachowawcze uczucie), to prawie na pewno zrobisz sobie krzywdę. Myślę, że to nie jest dobry sposób na rozwój - rzucać się na "wyczyny" do których jeszcze nie jesteśmy gotowi.
  11. Źle mnie odczytałeś. Stawiam sobie wymagania, zawsze i we wszystkim co robię. W narciarstwie również. Jednak robię to "nienerwowo". Np.: od dwóch, trzech sezonów staram się zaimplementować jazdę na krawędzi. Już coś tam złapałem i z następnym krokiem (jazdą na krawędzi z większą dynamiką oraz głębsze, wykończone skręty) czekałem na moment, w którym poczuję się na obecnym etapie swobodnie i pewnie. Akurat ten moment nastąpił, więc zasięgnąwszy kilku porad i sugestii od kolegi z tego forum, podczas najbliższego i dalszych wyjazdów będę je wprowadzał do "mojej jazdy". Będzie zabawa! A jaki jest mój cel główny? Właśnie, jak najlepiej się bawić na nartach! Poprawa moich umiejętności jest również niezbywalną częścią tej zabawy! Bez tej właśnie "części" zapewne dawno bym się znudził nartami i poszukał czegoś innego.
  12. Często czytam tu różne teorie na temat sprzętu. Myślę, że zupełnie inaczej można na to spojrzeć gdy sprawa dotyczy młodzieży (do 40 roku życia 🙂) i dziecka, a zupełnie inaczej gdy sprawa dotyczy dorosłego (40+). Narty zawodnicze (komórki) dla dorosłego stawiającego pierwsze kroki jako najbardziej właściwe, wydają mi się teoretycznym wymysłem, który może jedynie zniechęcić "pacjenta". Przytoczę taką tylko pozornie odległą analogię: w swoim czasie spędzając z rodziną (córka i żona) wakacje na Florydzie nudziłem się na plaży jak mops. Popływane dwa, trzy razy i co? Opalanie...? Znalazłem ogłoszenie. Ktoś chciał sprzedać deskę z żaglem do windsurfingu. Wskoczyłem w samochód i w godzinę później już ją miałem. Poskładałem na plaży i do wody! Wiało akurat nieźle, fale mniej więcej metrowe więc sądziłem, że warun super! Dżizuss, cóż ona (ta deska) ze mną wyprawiała! Cała plaża miała zabawę i pewnie mógłbym bilety sprzedawać. Po ponad godzinie przechodził jakiś gość, taki 70+, złote okulary, kapelusik słomkowy, szorty w kratkę, koszulka polo. Przystanął i dobrą chwilę przyglądał się moim wygibasom. Wreszcie zaczął dawać "dobre rady". Ja zmachany, poobijany i zrozpaczony moją bezradnością wkurzyłem się i mówię: ...tak? To proszę bardzo... proszę zademonstrować! On na to, że owszem, ale muszę mu przytrzymać okulary. Przytrzymałem. On tak jak stał, wskoczył na deskę i po chwili był już prawie na horyzoncie, Tam wykonał zwrot i dopłynął halsami z powrotem do brzegu. Wyskoczył i tłumaczy, że to po pierwsze deska dla zaawansowanych, nie nadająca się do nauki, po drugie uczyć się lepiej na jeziorze, bo fale to dodatkowe, spore utrudnienie. On sam od kilkunastu lat jest na emeryturze i już tylko "żegluje" na desce. Większość roku na Hawajach, ale o tej porze roku (był grudzień) to tu na Florydzie bo są b. dobre wiatry. Wieczorem umówiliśmy się na kolację w knajpie. Okazało się, że dorobił się na spekulacji na złocie i w wieku około 50-tki olał wszystko bo lubi windsurfing i teraz zajmuje się już tylko tym . Super gość. Wniosek z tego taki, że to co dobre lub bardzo dobre dla zaawansowanego, może się zupełnie nie nadawać dla początkującego. Tak, że nie sądzę, że należy słuchać różnych nadętych gości co to wiedzą jak, ale nie stosują... bo, coś tam, coś tam...(jak taka jedna w sejmie). Ale oczywiście kiedyś, dawno, dawno temu, to Oni, oczywiście ...ohohoo !!! Takie zuchy!
  13. Myślę, że jak poczułeś poprawę to musiałeś już coś niecoś umieć. Sądzę oczywiście jak to najczęściej bywa po sobie. Mnie jak pierwszy raz narty przypięli to w chwilę później się popłakałem... Więc sądzę, że najpierw bym polecał (z dobroci serca) buty wygodne, o niedużym flex'sie, ciepłe (litości, choć z tej strony troszeczkę komfortu please!). Wystarczą na dobre trzy sezony, możliwe że na dłużej. Jeśli pacjent "zaskoczy" to później już sam będzie wiedział co mu potrza. Mówimy o 50-cio latku. Na zawodnika już raczej nie wyrośnie. Zaznaczam jednak, że to wyłącznie moje zdanie i nie mam żadnych ambicji do mania jakiejkolwiek niepodważalnej racji.
  14. ...wiesz co? Myślę, że nie ma co kombinować z precyzją, bo jak ktoś zaczyna to jaka tam mu potrzebna "szybka reakcja" czy "przenoszenie impulsów"? On nie wie, nie rozpoznaje jeszcze żadnych impulsów. Przypięli mu takie jakieś długie do stóp... i ech, niech szlag trafi! Jak w tym jechać, a jak tu skręcać? Nawet obrócić się jak nie ma... Jak żyć? Nie pamiętasz jak to było?
  15. Zapewne macie rację! Ja widzę to prościej: są tacy którzy mają same problemy z doborem idealnego sprzętu ubioru itp... (nim nauczą się czegokolwiek) i tacy którzy jeżdżą na nartach bo to lubią. Ja tam jeżdżę i się cieszę. Doborem sprzętu zajmuję się nie częściej jak raz na kilka sezonów. Rozumiem, że sprzęt skiturowy to trochę inna bajka i inne potrzeby ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zaczyna narciarstwa od skiturów. Podobnie z narciarstwem wyczynowym, które jest o czymś zupełnie innym od tego które my tu uprawiamy.
  16. Już to robisz. Szukasz butów które UMIEJĄ. Nie ma takich butów, które pojadą za ciebie. Na początek kup wygodne. Potem na stok i jeździj. Nie kombinuj z super serwisem, super butami, super kijkami, kaskiem itp... Żaden też instruktor nie zrobi z ciebie narciarza tylko poprzez lekcje. Nie wszystko co ci poleci instruktor będziesz potrafił zrealizować natychmiast. To wymaga czasu na śniegu. Ja od początku w ogóle nie wziąłem nigdy żadnej lekcji, tyle że dosłownie raz na kilka sezonów poproszę któregoś z kolegów o wskazówki co dalej i w którą stronę. Potem tego szukam na stoku w ciele. I tyle lekcji. I od początku mam z tego niesamowitą frajdę. Nie płacz, nie czuj się skrzywdzonym tylko jeździj i szukaj w tym przyjemności niezależnie od poziomu swojej jazdy w danym momencie. Będzie z tym lepiej z każdym sezonem to pewne (oczywiście jeśli będziesz jeździł).
  17. Brawo! Zdrowiej, dochodź do siebie i wszystkiego najlepszego na stoku w Nowym Roku!
  18. Pierwsze buty kupiłem fatalnie. Przynajmniej o dwa nr. za duże (pan powiedział, że włoży się grubszą skarpetę, a faktycznie kiedyś tak się robiło). Na stoku Tragedia w trzech odsłonach! Lewa stopa odgnieciona, czerwono-fioletowa. Ale już dwie pary następnych butów dobierałem samodzielnie, bez fachowej pomocy sprzedawcy i o dziwo nie popełniłem żadnego błędu. Nie było trudno bo nogi i stopy mam chyba dość "nudne" i bez żadnych problemów dobrałem właściwy rozmiar i objętość. Obeszło się bez bootfitting'u i jest OK. Mam nawet jedne pełnosprawne buty, w których jeździłem niecałe 3 sezony do oddania (za tanie wino), bo od kiedy zacząłem jeździć używając krawędzi, twardość 80 zdecydowałem się wymienić na wyższą. Te obecne z pewnymi obawami kupiłem przez internet ale okazało się, że pasują jak ulał. Myślę, że jeśli się nie ma jakiś poważniejszych deformacji stóp to korzystając z niektórych (nieortodoksyjnych) porad z tego forum najlepiej jest zrobić to samodzielnie. Najlepszego w Nowym Roku 4all!! 🙂
  19. Oby to były przeżycia. ...chodziło mi bardziej o to, że takiego przeżycia nie zapomni się do samej śmierci 🙂 !
  20. Takie sobie wspomnienie, które przytoczę dla wszystkich, którzy nie wierzą w sens szczepienia na covid19. Jestem alergikiem. Pierwszy atak alergii (wtedy jeszcze chyba nie do końca rozpoznawano to „zjawisko”) dopadł mnie gdy miałem 16 lat (na szczęście nie powtórzył się nawet w zbliżonym stopniu nigdy więcej). Byłem z grupą młodzieży na zimowisku w Poroninie. Prawdziwa zima. Śniegu po pachy, temp. około -20. Wieczorem poczułem się przeziębiony. Zdarza się, nic godnego uwagi. Po około godzinie zaczął się poważny problem z oddychaniem. Pojawił się też uporczywy kaszel. Wychowawcy dali mi aspirynę. Poszliśmy spać. Potem, po około pół godziny poszło już szybko. Oddech skrócił się bardzo. Oddychałem z coraz większym wysiłkiem + coraz dotkliwszy kaszel. Któryś z kolegów zawołał wychowawców. Rada w radę dali mi pół szklanki jakiejś brandy, żeby mnie rozgrzała. Nie pomogło. Być może zaszkodziło. Oddech skracał się w tempie - co 15 minut gorzej. Po jakimś czasie był już bardzo „płytki”. Z kaszlu zaczęły się wymioty. Najpierw tym co miałem w żołądku, potem żółcią. Byłem już coraz bardziej zmęczony. Cały. Zmęczenie mięśni uruchamiających „miech” (tak to odczuwałem). Mięśnie najpierw bolały, potem były już tylko coraz bardziej zmęczone. A niestety nie da się odpocząć bo rurka się „zagina”. Trzeba „pompować” bez żadnej przerwy. Oddychałem już w tempie około 3 oddechy na sekundę (spróbujcie tego, ...tak ze 20 minut. Zapewniam, niezapomniane doświadczenie! Zresztą końca doświadczenia i tak nie będziecie pamiętać). Czułem się tak, jakbym musiał oddychać przez słomkę do lemoniady. Dosłownie. Rzyganie, kaszel, brak tlenu, coraz większe, wreszcie potworne zmęczenie wszystkich mięśni klatki piersiowej i brzucha. Zawroty głowy i najprzyjemniejsze – powolne odpływanie... Już traciłem siły, co chwilę miałem ochotę się poddać ale wtedy pojawiał się jakiś taki stan lękowy. Nastała noc. Uświadomiłem sobie niejasno, że jak przestanę walczyć to będzie już chyba koniec. Jakiś czas wcześniej wychowawcy zadzwonili po pogotowie. Jechało z Zakopanego ale była śnieżyca i adekwatne do niej zaspy. Auto pewnie mieli typu Nysa. Ja spokojnie zacząłem tracić świadomość. Kilkukrotnie. Jak wracałem, to znowu walka o ten „milimetrowy” oddech i znowu odpływ. W końcu wszystko się skończyło, odpłynąłem. Mam wrażenie, że już chyba tego chciałem. Miałem dość. Ocknąłem się z twarzami ludzi ubranych w białe fartuchy nade mną. Byłem skrajnie wyczerpany (jak nigdy wcześniej ani później w życiu), ale oddychałem. Płytko, ale już bez tego potwornego, upiornego wysiłku. I już minął stan lękowy. Może dlatego, że byłem półprzytomny? Odczułem jakąś taką łagodność bytu. Potem usnąłem. Jak się obudziłem byłem bardzo mocno osłabiony ale już oddychałem, delikatnie, łagodnie bo bałem się mocniej. Był już następny dzień. Przyszedł jakiś lekarz, osłuchał mnie i powiedział, że już wszystko w porządku. Atak astmy alergicznej. Powiedział, że podano mi (jak pamiętam) hydrocortizon (może przekręcam nazwę) dożylnie i koszmar zniknął jak za machnięciem różdżki Esmeraldy. Cóż, przy covidzie nie znika. Ale za to przeżycia ...niezapomniane!
  21. No cóż, rosyjska ruletka, ale co kto lubi... Dla mnie to najlepszy dowód, że (w czasie pandemii) nie należy tam jeździć. Trochę zgroza. Przebili nawet nasz nasz rząd.
  22. To wszystko już tam obowiązuje. Nic nowego. Nic też nie piszą o obowiązku posiadania testu przy przekraczaniu granicy autem. Słyszałem, że to martwy przepis. Czy komuś to sprawdzano?
  23. Czytając wpisy dotyczące nauki lub poprawy techniki jazdy na nartach mam odczucie, że części kolegów trochę się pewne rzeczy mylą. Oczekiwania, że po dwóch - trzech sezonach któryś z kolegów będzie jeździł jak (lub podobnie jak) trenujący zawodnik są wyrazem tej pomyłki. Dwa - trzy sezony dla amatora to na ogół od 10 do 90 dni na śniegu (powiedzmy, że najczęściej około 30) rozdzielonych wieloma (8 - 10) miesiącami przerwy. Nasza jazda może być tylko i wyłącznie jazdą rekreacyjną i nic więcej nie uzyskamy. Nie ma szans! I nie taki powinien być cel naszej jazdy i usiłowań aby ją poprawić. Uzyskując w miarę lepszą (poprawną lub zbliżoną do poprawnej) technikę łatwiej się nam jeździ i możemy czerpać z tego sposobu rekreacji więcej radości i o to głównie się rozchodzi w sporcie amatorskim. Wszelkie niemądre ambicje lub próba realizacji jakiś niespełnionych marzeń typu "We are the Champions" są śmieszne, naiwne i prowadzą dość często (jak widać np. z wpisów Grabika) do frustracji, braku satysfakcji i zmarnowanego urlopu. Bo narciarstwo może być dla nas jedynie rodzajem hobby, oraz jednym ze wspaniałych sposobów spędzenia wolnego czasu! Niczym więcej. I tym (tak pojętym uprawianiem sportu amatorskiego) właśnie należy się cieszyć i z tego czerpać jak najwięcej radości! Też staram się poprawić "moją jazdę" i z tych usiłowań też czerpię sporo radości ale zawodnikiem nie zostanę choćbym się nie wiem jak starał. Zresztą nie chciałbym. Gram też w tenisa, jeżdżę na rowerze, jak są warunki biegam na biegówkach i to jest wszystko sama radość. Nie potrzebuję nawet startować w amatorskich zawodach bo mi to do niczego nie jest potrzebne. Konkuruję, owszem, czy chcę czy nie chcę, z konieczności i na poważnie jedynie w swoim zawodzie i to z innymi zawodowcami na poziomie ogólnopolskim. Ale tu łaski nie robię. To jest mój zawód, który ma mi przynieść oprócz satysfakcji pieniądze, czyli środki do życia (również te umożliwiające amatorskie uprawianie sportu). I tu "nie ma pomiłuj". A uprawianie sportu to, jak już pisałem, sama radość!
×
×
  • Create New...