do tej pory miałem dwie sytuacje za kierownicą, kiedy percepcja zwolniła jak w filmie Matrix do filmu poklatkowego w zwolnionym tempie:
1. niecały rok po kupieniu pierwszego w życiu samochodu, VW Golf III 1.8 benzyna. Jadę dzielnie z bratem, siedzi po mojej prawej stronie, po moim mieście. Jadę główną, dojeżdżam do skrzyżowania, z prawej strony wolno do skrzyżowania dojeżdża osobówka kierowana przez faceta. Gość patrzy się na mnie, i zamiast hamować, dał gaz, chcąc jadąc prosto. Ja na takie dictum szybka ocena skrzyżowania: lewa strona pusta, zaraz za skrzyżowaniem puste przejście dla pieszych. Mocne odbicie kierownicą w lewo, potem szybki powrót w prawo. Wszystko się działo w dziesiątych częściach sekundy. Jak mijałem faceta na minimetry, to tylko czekałem, aż usłyszę huk zderzenia. Nic się takiego nie stało, udało mi się bezpiecznie wrócić na mój pas. Zatrzymałem się, włączyłem awaryjne, wyszedłem z auta. Facet zrobił to samo, był blady. Oba auta całe na szczęście.
2. jakieś 2 lata po tej przygodzie jadę dzielnie VW Passat B5 2.5 TDI V6 główną w moim mieście. Dojeżdżam do skrzyżowania, z prawej widzę że jedzie VW Golf III, gość mimo że jest na podporządkowanej, to jedzie bez hamowani, ułamek sekundy później już wiedziałem, że będzie grubo. Jak już czułem, że będzie strzał, to tylko tak celowałem, żeby nie przydzwonić w miejsce, gdzie siedział kierowca. Uderzyłem w Golfa tylne lewe koło. Skutek? w Passacie spadł cały przód, lampy powiedziały papa, zderzak na ziemi. W Golfie wgniecenie mojej dłoni na nadkolu. Okazało się, że jechał w Golfie młody chłopak z sąsiedniego miasta, nie patrzył na znaki.