cyniczny
Members-
Liczba zawartości
336 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
12
Ostatnia wygrana cyniczny w dniu 29 Lipca
Użytkownicy przyznają cyniczny punkty reputacji!
Ostatnie wizyty
Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.
cyniczny's Achievements
-
spoko, tylko wiesz, u nas decyzja wyjazdowa jest często mocno ad hoc. O tej zdecydowaliśmy w piątek rano i mieliśmy po robocie jechać, ale jednemu kumplowi coś wypadło i przełożyliśmy wyjazd na sobote rano. Generalnie szybka akcja:-D
-
Generalnie jest nas trzech muszkieterów:-) ale czasem jednego zatrzymają obowiązki domowe, stąd niektóre wycieczki jeździmy we dwóch, a niektóre we trzech.
-
W ostatni weekend ponownie udało się wyskoczyć na krótką dwudniówkę rowerową - tym razem cel to Jeseniki. Z Piaseczna startujemy bladym świtem(no może nie takim do końca:-) około 5:30. Kwaterę mamy zaklepaną w Dolnych Moravicach na którą docieramy przed południem. Szybkie przebieranie się, odbiór kluczy i ruszamy od razu na pierwszy z dwóch dużych podjazdów - Pradziad. Praktycznie podjazd zaczyna się od samej kwatery na szczyt - 18km i około 900m przewyższenia. Sam podjazd wchodzi całkiem gładko, jedynie dźwięk trzaskającego suportu trochę mnie irytuje - dopiero w domu okaże się, że to tylko niedokręcona prawa miska/łożysko. Na górze troche odpoczywamy i ruszamy na drugi podjazd tego dnia czyli górny zbiornik Dlouhe Strany, ale najpierw zjazd do drogi nr 44. Tu widać, że zdecydowana większość ruchu odbywa się od przystanku autobusowego na szczyt Pradziada i z powrotem. My odbijamy na drogę po lewej gdzie ruch jest już znacznie mniejszy. Do Svycarny jeszcze trochę ludzi, później już sporadycznie. Tuz za Svycarna zaczyna się też najgorszy kawałek drogi czyli kamienny chodnik. Kawałek ma niecały 1km długości, więc nie ma tragedii. Później jest całkiem fajna szutrówka, a ostatnie kilka kilometrów zjazdu do drogi nr 44 to równiutki asfalt. Po prawej widoczny nasz drugi cel czyli górny zbiornik Dlouhe Strany Zjazd szybko mija i docieramy do dolnego zbiornika Dlouhe Strany. Czas rozpocząć podjazd - około 14 km długości i przewyższenia 750 metrów. I już na górze po drugiej stronie:-) Początkowo zjazd nie jest zły, ale gdy nachylenie rośnie zaczyna się bardzo mocna rąbanka ze sporym luźnym szutrem i kamulcami. Całość paskudnego zjazdu to około 4km. Ale w końcu trafia się asfalt i od razu wiatka, więc dajemy rękom i ramionom chwilę wytchnienia. Na koniec dnia zjeżdżamy do Rymarova i tam po chwili poszukiwania znajdujemy całkiem fajną pizzerię. Ostatnie 7km na kwaterę to jazda w blasku lampek, co wcześniej praktycznie nam się nie zdarzało. I statsy 1 dnia Drugi dzień czas zacząć, głównym celem są położone na południowy wschód dwa zbiorniki retencyjne na rzece Moravica: Slezska Harta i Kruzberk. Dzisiaj długich podjazdów nie będzie, ale będzie sporo górek po 1-2km długości. Jazda interwałowa, która jak się okaże na końcu będzie bardzo wymagająca:-) Zdarzają się ładne terenowe odcinki takie jak ten za za Dolni Vaclavov. Piękna pusta, leśna droga do Valasov. Zbiornik Slezska Harta W okolicy Razovej zjeżdżamy na świetna ścieżkę rowerową wzdłuż zbiornika. I za chwilę znajdujemy znakomite miejsce na popas. Elektrownia wodna przy zaporze Zapora tworząca drugi zbiornik Kruzberk. Tu też spędzamy dłuższa chwilę, bo zmęczenie jakieś weszło w nogi...i głowę. Od zbiornika Kruzberk robimy właściwie nawrotkę i wracamy na kwaterę. Droga przez 20 km będzie się stopniowo wznosić, a my razem z nią:-) Przed Lomnicami osiągamy najwyższą dzisiaj wysokość - 720 m. n.p.m. Końcówka trasy to jazda bardzo ładną ścieżką rowerową wzdłuż Moravice statsy 2 dnia Około 17:00 ruszamy w drogę powrotną, zatrzymując się w Bruntalu na małe co nieco. Około 23:30 melduję się w domku. Podsumowując Dwudniówka jak zwykle bardzo udana, pierwszy dzień kapitalny, z pięknymi widokami i długimi podjazdami/zjazdami. Mimo iż występowały (na szczęście krótkie) odcinki dróg wybitnie niegravelowych, jazda dała mnóstwo frajdy. Drugi dzień widokowo było również bardzo ładnie no i ruch samochodowy na trasie właściwie symboliczny. O dziwo jednak okazał się znacznie bardziej męczący niż wydawało się podczas planowania trasy. Mocno interwałowa jazda + 108km i ponad 1600 m przewyższeń dały w kość, no ale nie pojechaliśmy tam dla przyjemności:-)
-
Dzięki, też właśnie włączyłem i widzę nie ma nigdzie Vingegarda. Zacząłem czytać a tu taka lipa. Z tego co wyczytałem na live letour, to zderzył się z del toro.
-
Jak dla mnie albo Vingegard dał z siebie prawie wszystko na podjeździe pod Col du Tourmalet i nie miał siły agresywnie zjeżdżać albo uznał, że zjazd potraktuje mocno zachowawczo. Generalnie więcej czasu stracił na kilkunastokilometrowym zjeździe niż na ostatnich 4-4,5 km podjazdu pod Col du Tourmalet gdy Pogacar urwał wszystkich. Tak czy siak nie licząc jakichś nieprzewidzianych wypadków to nie widzę szans, aby mógł nawiązać walkę z Pogacarem.
-
Obejrzałem przed chwilą skróty i według nich pierwszy strzał (niecelny) Maroko oddało bodajże w doliczonym czasie gry pierwszej połowy, a pierwszy strzał celny w 82 minucie.
-
W Słowackim Raju byłem ze trzy razy. Trasy piękne, ale podobnie jak w Pieninach najlepiej w tygodniu i poza sezonem. Kiedyś w marcu byłem z młodym i jednego dnia przez 5h nie spotkaliśmy nikogo, coś pięknego. Podobnie też zwiedzaliśmy skalne miasto w Czechach, tyle że tym razem wybraliśmy się późną jesienią. Pojechaliśmy na pogodę i to pięknie zażarło. Było słoneczko, lekki mrozik i bardzo pusto.
-
No generalnie było naprawdę pusto, a zwłaszcza drugiego dnia się bałem, bo jednak bardzo turystyczne rejony zwiedzaliśmy. Hehe jakby tu powiedzieć i nie skłamać, ani 3 lata temu ani teraz nie zsiadaliśmy i udało się zjechać w jednym kawałku:-) Ale powiem szczerze, że w przypadku dużej liczby ludków w tym miejscu, dla bezpieczeństwa pewnie bym zsiadł.
-
Apropo Czorsztyna:-) w ubiegły weekend udało się w końcu wyskoczyć gdzieś w górki. Baza była w Nowym Sączu. Dzień 1 to pętla Nowy Sącz - Krynica - Nowy Sącz. Pierwsze 16 km to nudna i ruchliwa droga do Boguszy. Po zjeździe z głównej zaczyna się bardzo fajna trasa i taka już jest do samej Krynicy. Trafia się kilka całkiem soczystych podjazdów z konkretnymi ściankami. Od Krynicy jest jeszcze 2 km remontowanej drogi do Tylicza, ale sam zjazd jest ok. Tylicz mijamy bokiem i drogą nad Muszynką przez Powroźnik (nota bene bardzo ładna cerkiew) docieramy do Muszyny. Od Muszyny jedziemy częściowo po trasie, którą przebyliśmy 3 lata wcześniej rozpoczynając nasza wycieczkę po Słowacji. Jest tak samo pięknie:-) Cała droga do mety to jazda wzdłuż Popradu, czasem ścieżką rowerową (trafia się też świetny kawałek szuterku) czasem lokalną zwykłą drogą, jest pięknie. I statsy 1 dnia Drugi dzień w planach mieliśmy trasę na północ od Nowego Sącza do Zakliczyna i z powrotem, ale sąsiad z którym wieczorem pogadaliśmy polecał Velo Czorsztyn, zwłaszcza że pogoda nie miała być idealna to i ludzi na niej nie powinno być dużo. Stąd szybka zmiana planów, rano wstajemy śniadanko, pakujemy się i samochodem podjeżdżamy do Szczawnicy. Udaje się zaparkować na bezpłatnym parkingu/zatoce. Szybko się ogarniamy i lecimy na trasę dookoła jeziora Czorsztyńskiego. Najpierw do Czerwonego Klasztoru fantastyczną drogą wzdłuż Dunajca, wiele razy o niej czytałem i zniechęcały mnie opisy o dużej liczbie ludzi. Dzisiaj jest praktycznie pusto. Później Velo Dunajec przez Sromowce Wyżne do Niedzicy, tam mały popas. Ludzi przybywa więc uciekamy stamtąd na trase wokół jeziora. Jest kilka twardych podjazdów, ale ludzi nie ma więc jest bardzo fajnie Jadąc z powrootem druga stroną jeziora łapie nas lekki deszczyk. Póxniej chwile odpoczywamy po solidnej ściance przed Czorsztynem i lecimy do samochodu ponownie przez ściezke nad Dunajcem W drodze powrotnej już trochę ludzi jest, ale jeszcze bez tragedii. Około 14:00 kończymy trasę i ruszamy w drogę powrotną do domu, udany weekend Statys 2 dnia
-
Ech nie doceniasz mistrza podstępu i tytana intelektu, zastawił mega sprytną pułapkę (robił w te fotoszopy i robił), no ale niestety jedyny, który się złapał to poplecznik w "jeżdżę szybko i bezpiecznie", "lubię zapierdalać" i "z drogi zawalidrogi". Nosz Bareja by się napewno uśmiechnął i ja również nie omieszkałem:-).
-
moja rowerowa droga mocno ewoluowała przez lata:-) Zacząłem od trekingowego Herculesa (jazda przez około 2-3 lata, sporadyczne wycieczki w tym kilka z sakwami) Potem był MTB HT Kona Nunu - ten rower służył mi ładnych kilknaście lat i wiele wiele kilometrów przejechanych w tym sporo wycieczek z sakwami) potem szosa Felt o dość sportowej geometrii i cienkich oponkach 23c (powiedzmy około 4 lat i tez sporo kmów ) a później odkrycie roweru szosowego typu endurance czyli znacznie wygodniejsza rama/pozycja i tu były/są dwie szosy: Fuji sportif 1.3 (rozmiar 56 cm, niestety rama wzięła i pekła) i aktualny Cube (rozmiar (53) No i ostatni nabytek czyli kupno ramy gravelowej Fuji Jari (rozmiar 56 cm) i poskładanie sobie samemu z częsci, które zostały po sportifie oraz z nowych głównie napęd i hamulce. Samo przejście z Cuba na Fuji Jari obyło się własciwie bez żadnych problemów. Po prostu to rowery do trochę różnych aktywności. Cuba traktuję jako małego zapierdalacza w koło komina (choc w górach tez nim byłem), a gravela m.in jako wyprawówkę na wycieczki kilkudniowe, bo rama jest większa i więcej się mieści, dodatkowo jakość nawierzchni czasem okazuje się inna w rzeczywistości niż podczas planowania trasy:-). Do każdego z tych rowerów był jakiś czas przystosowania, żeby zaczęło mi się jeździć całkiem wygodnie. W jednych bardzo krótki, praktycznie wsiadłem coś tam ustawiłem standardowo i bajunia (tak było w gravelu), a np. w Cube chyba najdłużej kombinowałem z ustawieniami, żeby mi się jeździło wygodnie - możliwe, że wpływ miała najmniejsza rama z dotychczasowych sprzętów. Generalnie jest wiele zmiennych, które mimo dobrze (w sensie wielkości) dobranej ramy trzeba mieć na uwadze typu ustawienie klamek, siodła, kiery, czasem wymieniałem mostek na dłuższy/krótszy lub o innym nachyleniu, no last but not least ustawienie bloków w butach. Na szczęście lubię sobie grzebać przy rowerach + testowanie różnych ustawień robię na ustalonych trasach wkoło komina lub do roboty i całkiem sporo frajdy z tego mam:-)
-
No to skoro obecnemu rowerowi nic w sumie nie brakuje (ewentualnie jakieś koło), to zmieniam zdanie i na Twoim miejscu kupiłbym gravela. Na cioranie w trudniejszym terenie miałbyś dalej scotta, a na szybsze jazdy w terenie, ale mniej wymagającym i po asfalcie gravel jak znalazł:-) Dodatkowo widzę ogromną zaletę posiadania dwóch rowerów, gdy jeden się powiedzmy psuje, czekasz na części lub na serwis dalej masz czym jeździć na co dzień.
-
Hehe, w sumie to ja też odebrałem, że rozważasz gravel i patrząc na to gdzie i jak jeździsz miałem Ci odradzać jego kupno,ale zająłem się napędem i zapomnialem:-) Co do spotkania to ja również żałuję, że nasze szlaki jeszcze się nie przecięły, ale może kiedyś...jak widac czasem zjeżdżam z asfaltu, ale nie za często bo jednak asfaltowy stwór ze mnie.
-
ja zdecydowanie wolę mieć uniwersalny napęd czyli jeden i na góry i na płaskie, właśnie żeby uniknąć zbędnego grzebania. I większa Ilość rzędów z tyłu na to pozwala. Niby to zazwyczaj tylko wymiana kasety, bo wymiana korby to już trochę więcej roboty(dochodzi konieczności regulacji przerzutek,zwłaszcza przedniej) ale i przy samej kasecie trezba zazwyczaj coś jeszcze lekko podregulowac itp itd. Dodatkowo u mnie wyjazd gdzie to zazwyczaj spontan i jazda tam gdzie pogoda najładniejsza 😀
-
Na Twoim miejscu kupowalbym napęd 2x11. Jak wybierzesz gravela no to standard czyli 46x30 z przodu a z tyłu kaseta 11-34, ewentualnie można później zmienić jak Ci będzie brakowało najlżejszych przełożeń. Taki napęd w płaskim terenie na asfaltach i twardych szutrach da Ci całkiem dobre, ciasne zestopniowanie, jednocześnie będziesz miał do dyspozycji też w miarę lekkie biegi górskie/terenowe. Taki napęd mam w swoim gravela (w szosie przód mam kompakt czyli 50x34) i bardzo sobie chwalę. Dodatkowo wymiana całego napędu po zuzyciu (korba, kaseta łańcuch) nie zabija cenowo bo zmieścisz się w 600-700pln z grx600 i kaseta CS hg 700. Testowałem kiedys różne opcje jeżdżenia(częsta wymiana łańcuchów, metoda dwóch łańcuchów co 1tys km) i generalnie podsumowując koszty cenowo wychodziły podobnie jak dojeżdżanie na amen napędu na jednym lanuchu i wymiana wszystkiego na raz, a bez zbędnego pierdzielenia z tymi wymianami. W szosie zazwyczaj zmieniam napęd co 12-14 tys. Km, w gravelu nie wiem bo niewiele jeszcze nim przejechałem, coś koło 5 tys. Pewnie będzie częściej bo warunki pracy gorsze:-)
